O Szeherezadzie Murakamiego

Na to wydanie Książek. Magazynu do Czytania czekałam w wyjątkowym napięciu. Oczywiście, jak tylko dziś dorwałam je w swoje łapki, natychmiast, niemal na stojąco, zaczęłam czytać premierowe opowiadanie Szeherezada, z mającego się ukazać w przyszłym miesiącu tomu opowiadań Harukiego Murakamiego. Ci, którzy czytają moje skromne notki od dłuższego czasu, wiedzą już, że nie ma dla mnie nic przyjemniejszego, nie ma większego święta, niż nowy kawałek prozy japońskiego pisarza. Co prawda wolałabym, by cała książka była dostępna już teraz zaraz, ale skoro to niemożliwe (jakby Murakami nie mógł mi co wieczór wysyłać pocztą tego co napisał danego dnia :), to dobre i jedno opowiadanie, zwłaszcza, że jest takie klasycznie murakamiowe (murakamiaste?). Znowu, na kilkanaście minut, można poczuć tę atmosferę zastoju, sennej ciężkości i leniwego ciepła emanującego od bohatera poza społeczeństwem, wszelkimi normami i czasem.

Narratorem opowiadania Szeherezada jest Nobuyuki Habara, mężczyzna, który z tajemniczych przyczyn nie może wyjść z domu. Nie wiemy czy jest chory, czy może się przed kimś ukrywa. Jego jedynym kontaktem ze światem jest kobieta, której imienia nie zna, a którą nazywa właśnie Szeherezadą. Trzydziestopięcioletnia gospodyni domowa, dorabiająca jako pielęgniarka, w pełni zasługuje na swój baśniowy przydomek, ponieważ jest obdarzona wyjątkowym talentem do snucia opowieści. Daru właściwego doboru słów, zaciekawiania słuchacza czy pointowania historii, mógłby jej pozazdrościć niejeden gawędziarz. A że to opowiadanie Murakamiego, nie muszę chyba dodawać, że Habara regularnie uprawia seks bez zobowiązań ze swoją starszą przyjaciółką, z czego oboje (choć raczej on bardziej) czerpią przyjemność. Jak zwykle seks (poza przypadkami ekstatycznych odlotów z kimś kogo się naprawdę kocha) jest bardziej sposobem na utrzymanie higieny psycho-fizjologicznej, a nie deklaracją głębszego zaangażowania.

Większa część opowiadania skupia się na opowieści Szeherezady o jej nastoletniej fascynacji pewnym chłopcem, co jest bezpośrednio powiązane z poczuciem bycia minogiem w poprzednim życiu. Ale o tym przecież możecie sobie sami w Książkach poczytać.szeherezada

Moją główną obserwacją po lekturze Szeherezady jest ponowne zdziwienie, że Murakami potrafi być taki kobiecy. Nie chodzi mi o bycie zniewieściałym w prozie, ale o ciągłe staranie się o to by na nowo podejmować i zgłębiać kobiecą tematykę, niewieści punkt widzenia. Nie ma w tym niczego bardzo oryginalnego, ale nie o to przecież chodzi. Opowieści o kobiecym pożądaniu, fizjologii, tamponach, podpaskach, zmarszczkach i tyciu, zaserwował nam japoński pisarz już wiele (moja ulubiona to motyw pełni księżyca, napięcia przedmiesiączkowego i zdychających koni z Kroniki ptaka nakręcacza), ale Szeherezada należy pod tym względem do tych najbardziej udanych. Jest w tych oszczędnych, prostych, jakby obiektywnie nagich zdaniach mnóstwo empatii. Nie ma nawet cienia moralnej oceny, tylko spokój i wciągające opowieści tyjącej kobiety w bieliźnie z dyskontu.

Osoby, które nie boja się śmieszności czy banału, zauważyłyby od razu, że z tych kilku stron, jak z całego pisarstwa Murakamiego, przebija melancholia samotności. To wciąż ci sami bohaterowie, których pokochaliśmy lata temu. Zupełnie wyobcowani, a w dodatku raczej zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Teraz już naprawdę nie mogę się doczekać całego tomu.

One thought on “O Szeherezadzie Murakamiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *