Moje wakacje z Osobistym przewodnikiem po Pradze Mariusza Szczygła

Przeprowadziliśmy się do Kotliny Kłodzkiej, żeby mieć bliżej do Pragi i w tym roku wreszcie mogliśmy wybrać się do czeskiej stolicy. Nasza latorośl wyrosła już na tyle, że postanowiliśmy zaryzykować dwugodzinną podróż i pobyt w obcym mieście w czasach pandemicznych. Zaopatrzyliśmy się przy tej okazji w dwie, absolutnie niezbędne do podróżowania po Pradze obecnie rzeczy, czyli w podstawową wiedzę o tym, jak uniknąć zarażenia wirusem oraz w ,,Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusza Szczygła, który akurat szczęśliwie się ukazał. Zapewniam, że tylko tyle potrzebujecie, żeby nacieszyć się miastem i spojrzeć na nie zupełnie innymi oczami. Niby każdy w Pradze był, wszystko widział i wszystkiego spróbował, a jednak, dzięki panu Szczygłowi, nagle można spojrzeć na nią, jak na zupełnie obcą, fascynującą planetę.

Czechy jakich nie znamy

Przewodnik ma dwie płaszczyzny narracyjne: pierwsza to obiekty, które, zdaniem autora, są warte zobaczenia, a druga, to błyskotliwe i zaskakujące obserwacje na temat szeroko pojętej czeskości. W tej pierwszej grupie znajdują się rzeźby, pomniki, kawiarnie, ale także całe kamienice, latarnie uliczne i pewien okryty złą sławą przystanek. Muszę przyznać, że z ogromną przyjemnością czytałam o wszechobecnym w Pradze kubizmie. Wiele wrażeń dostarczyła także lektura bardziej artystycznych fragmentów, w których pan Szczygieł dzieli się swoją ogromną wiedzą na temat czeskich artefaktów. Nie są to zresztą suche fakty natury estetycznej, ale porządna dawka historii i lekcja wrażliwości społecznej, którą tak podziwiam u autora. Fragmenty dotyczące poczty głównej, wieży telewizyjnej czy Lucerny, zostaną ze mną na długo, ale muszę przyznać, że ta druga warstwa narracyjna przewodnika, bardziej osobista i bezpośrednia, mocniej do mnie przemówiła. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć co gra w czeskiej duszy, albo (tak jak ja) chciałby zostać kiedyś Czechem (marzę o zostaniu prawdziwą prażynką), to nie może odpuścić tej lektury. Karol Wielki, Vaclav Havel, Karel Gott i Franz Kafka mają tu swoje ciekawe literackie portrety i to takie, jakich byśmy się nie spodziewali. Aż chce się wszystko rzucić i jechać w Czechy! Po przeczytaniu przewodnika, tak też zrobiłam.

Marianna prezentuje latarnię

Zdecydowanie książka dla rodziców

Jeszcze kilka lat temu nie zwróciłabym na to uwagi, ale jako matka, mam wyostrzony zmysł jeśli chodzi o takie rzeczy. Dla mnie osobiście najważniejszym aspektem tej książki jest to, że mogłam ją wykorzystać do zwiedzania Pragi z bardzo marudną i bardzo ruchliwą Marianną, która dopiero co nauczyła się chodzić. W innych przewodnikach królują muzea, imprezy kulturalne i ogólnie miejsca, do których lepiej z półtoraroczniakiem nie wchodzić. U pana Szczygła też są takie, nie mogliśmy na przykład odwiedzić polecanych kawiarni czy restauracji, ale większość to jednak marzenie rodzica, czyli obiekty znajdujące się na świeżym powietrzu, mijane przez zajętych sobą mieszczuchów, nie zwracające na siebie zupełnie uwagi. Jestem naprawdę wdzięczna autorowi, gdyż dzięki jego opisom fasad kubistycznych kamienic, latarni czy parków, nasze dwa długie pobyty w Pradze nie były tylko serią wycieczek na plac zabaw i do najbliższego Alberta. I tak jesteśmy dumnymi posiadaczami zdjęć, na których na przykład panna Marianna robi dziką awanturę w Lucernie i ją stamtąd wynoszę, ucieka nam pod kubistyczną latarnią lub jak zmieniam jej pieluchę na Placu Karola. A ile radości było z gapienia się na czarne bobasy na wieży telewizyjnej!

Awantura w Lucernie

Słowiański smak

Jedynym, co mnie w Czechach nie zachwyca, jest kuchnia. Dotychczas na wyjazdach stołowaliśmy się w wietnamskich wege barach na Żiżkowie. Z wielką ciekawością wczytywałam się w to, co pan Szczygieł miał na temat kulinariów do powiedzenia i z zadziwieniem stwierdziłam, że jednak mi się nie wydawało, że czeska kuchnia to zasadniczo mięcho w sosie, ziemniory i śmietana. Na szczęście w przewodniku znajdują się dobre adresy, gdzie można godnie się posilić, a także, co bardzo przydatne, instrukcje obsługi kelnerów, bo, jak się okazuje, są oni najmniej uprzejmymi przedstawicielami bardzo poza tym serdecznego czeskiego narodu.

Od siebie dodam, że co prawda nie mieliśmy możliwości zachodzenia do polecanych tawern czy barów, ale za to trafiliśmy na Żiżkowie na wspaniałą wegetariańską restaurację Happy Bean, tuż pod mieszkaniem, które wynajmowaliśmy. Nasze zdrowie poratował także rozkładający się pod kamienicą targ wiejski z przepysznymi przekąskami w zupełnie nieczeskim stylu. Oj i były też chwile rozpusty z bagietami z lokalnej piekarni :) Także, jak widać, jak się ktoś ogarnie i nieco rozejrzy, można nawet w Pradze nie być skazanym na same rohliki i bitki z knedlikiem. Może dla Was to nic, ale ja na co dzień nie mam takich luksusów w naszej sudeckiej głuszy i z wielką radością przyjmowałam w Pradze wszystko co wielkomiejskie, a przewodnik oczywiście jeszcze to ułatwił i umilił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *