Niesamowite sf o miłości, bogu i macierzyństwie, czyli dlaczego „Wychowane przez wilki” to serial przyszłości

Czasem tak mam, że zachwycam się czymś od pierwszych zapowiedzi i tak było w tym przypadku. Trailery były niesamowite, a po pierwszych odcinkach serial „Wychowane przez wilki” wsiąknął do mojej świadomości i odtwarzał się w nocy zamiast snów. No coś niesamowitego! I choć im dalej w las, tym gorzej, a finał uważam już za bardzo rozczarowujący, to i tak była to najlepsza rzecz jaką ostatnio widziałam. Każdy, kto zobaczył choć kilka minut, musi przyznać, że twór Aarona Guzikowskiego i Ridleya Scotta wnosi zupełnie nową jakość do telewizji.

Matka taka jak ja

Główną osią fabuły jest tu wyprawa dwóch androidów na odległą planetę i wypełnienie przez nich misji odtworzenia rodzaju ludzkiego. Jesteśmy w przyszłości, w której Ziemia staje się areną koszmarnych walk między fanatycznie religijnymi wyznawcami boga o imieniu Sol, a ich przeciwnikami, ateistami. Spór o dogmaty religijne przekształca się w wojnę totalną, w której biorą udział nie tylko kobiety i dzieci jako żołnierze, ale także niesamowite androidy. No i parę takich przyodzianych w lateksowe wdzianka robotów, pewien ateista postanawia wysłać w kosmos z genetyczną arką w postaci dwunastu ludzkich zarodków.

Androidy to Matka (Amanda Collin) i Ojciec (Abukabar Salim), zaprogramowani tak, by wzorcowo wywiązywać się z rodzicielskich obowiązków. Matka żywi pierwsze sześć zarodków własnym ciałem, wychowuje je z wielkim poświęceniem i robi wszystko, by stały się one wartościowymi ateistami. Ojciec jest odpowiedzialny za naukę przetrwania i wspieranie Matki, która jest postacią zdecydowanie dominującą w rodzinie/gromadzie. Niestety, nie wszystkie dzieci przeżyją. Planeta także nie okaże się aż tak dziewicza i pusta jak przewidywano. Do tego w okolicy wkrótce pojawiają się wyznawcy Sola, wśród których już czyha szalony Ragnar (Travis Fimmel), tym razem jako Marcus, wielbiciel operacji plastycznych. Ale nie dajcie się zwieźć, to nadal ten sam obłąkany król, który ze zmrużonym okiem i zataczając się z lekka, słucha odgłosów z nieba. Gdy dochodzi do spotkania tych dwóch grup, dzieją się rzeczy niewidziane do tej pory na żadnym ekranie.

Ale nie za bycie oryginalnym, wręcz oszałamiająco pomysłowym sf, pokochałam „Wychowane przez wilki”. To przez Matkę i wielowymiarowość, w jakiej uchwycono jej postać. Ona wie, że jest zaprogramowana, a jednocześnie posiada inną, wyższą świadomość i zdolność analizy własnych poczynań. Jak każda z nas, nie może się oprzeć rozmyślaniom nad paradoksem konfliktu własnego dobra, a zakodowaną koniecznością dbania o potomstwo. To niby zimna maszyna, ale produkując życie, ma dokładnie takie same problemy jak większość kobiet. Do tego to matka z przyszłości, feministyczna fantazja z lepszym niż jej partner oprogramowaniem, czyli inteligentniejsza i silniejsza niż Ojciec. I jakby tego było mało, ma drugie ja, morderczego nekromancera, zabijającego wzrokiem i głosem (a która matka tego nie potrafi?) i potrafiącego latać (sceny z lataniem są jak ze snu, człowiek patrzy i myśli, że też by tak mógł). Do bólu racjonalna, ale też romantyczna, ciepła i zaborcza jak wilczyca. No wspaniale się ją ogląda, zwłaszcza, że gra ją Amanda Collin, aktorka o niebanalnej urodzie chudego Dolpha Lundgrena.

Nie ukrywam, że jest to dla mnie osobiście też ważna postać, bo nareszcie ktoś, z kim mogę się utożsamić. Żyjąc w niemal zupełnym odosobnieniu i walcząc z żywiołami (głównie z wiatrem, deszczem i śniegiem, ale często też z gniewem córki) nie znajduję pokrewieństwa z miejskimi mamami, mogącymi wyjść na plac zabaw czy na pogawędkę z przyjaciółkami. Nie zrozumieją mnie też wiejskie mamusie, otoczone wielopokoleniową rodziną, zakorzenione w ciepełku i mające całą wioskę do wychowania dziecka. Tylko na takie dwie opcje zwykle mogę liczyć nie tylko w życiu, ale i w filmie czy literaturze. Tymczasem z nieba spadł mi android, który, tak jak ja, musi w surowych warunkach nauczyć siebie i dziecko jak być Spartaninem, a raczej najgroźniejszym drapieżnikiem w okolicy. Podejrzewam, że wiele matek czuje się podobnie, w sensie psychicznym, ale ja tu mam na myśli świat jak najbardziej fizyczny.

To jest historia o miłości

Patrzymy na dzieje miłości ludzi do boga, które doprowadzają do totalnej katastrofy na ziemi. „Wychowane przez wilki” to też, a może przede wszystkim, opowieść o tym, czym tak naprawdę jest instynkt macierzyński. Jest tu również zadziwiająco dużo całkiem złożonej dynamiki damsko-męskiej. Małżeństwo Marcusa i Sue to prawdziwy rollercoaster i chyba będę musiała obejrzeć serial jeszcze raz, żeby ich jakoś zrozumieć. Najciekawiej jednak, według mnie, wyglądają dzieje relacji Matki i Ojca. O ile Matkę można naprawdę podziwiać lub się jej wręcz bać, to Ojca nie da się nie lubić, bo tak po ludzku rozczula. Jak dla mnie ta postać bardzo wyewoluowała, a po ostatnim odcinku stała się wręcz ikoną nowoczesnego ojcostwa i partnerstwa. Moje drogie panie, oto mąż idealny!

I mogą się niektórzy wyzłośliwiać na temat aktorstwa Fimmela, drewnianych dialogów czy tego, że Scott nakręcił serialowy prequel ,,Obcego”. Ale nie da się zaprzeczyć, że ,,Wychowane przez wilki” to przepiękna wizualnie rewolucja w podejściu do sf. To wspaniały serial dla każdego, kto lubi być zaskakiwany, zwłaszcza jeśli przy okazji potrafi dość mocno wygłuszyć logiczne myślenie. Żałuję tylko, że teraz przyjdzie nam długo czekać na wszystkie odpowiedzi, ale jestem pewna, że warto i wraz z następnymi sezonami, wszystko złoży się w piękną całość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *