Małgorzata Halber, Najgorszy człowiek na świecie

W sumie dobrze, że nie przeczytałam tej książki wcześniej, nie zakupiłam po premierze, tylko grzecznie poczekałam na pojawienie się jej w bibliotece, bo gdybym wydała na to dzieło cokolwiek, byłoby mi teraz bardzo przykro. Mam poważny problem z tą książką, bo chociaż opowiada o bardzo ważnym problemie, jakim zdecydowanie jest alkoholizm (i wszelkie uzależnienia) to jednak w taki sposób (z taką manierą), który mnie kompletnie odrzuca. Osobowość autorki/narratorki jest dla mnie z jednej strony fascynująca, a z drugiej zupełnie nieprzysiadalna.

Czym właściwie jest Najgorszy człowiek na świecie?

Z jednej strony można uznać tę książkę za intymny pamiętnik autorki, która chyba już we wszystkich możliwych mediach opowiedziała o swojej walce z nałogiem przy okazji promocji tegoż dzieła. Są tu jej autentyczne zapiski z czasów rozpoczęcia terapii i naprawdę trudno nie mieć przed oczami podczas czytania twarzy uśmiechniętej, sympatycznej, trochę przemądrzałej prezenterki z programów muzycznych. Z drugiej strony jednak imię głównej bohaterki to Krystyna, nie Małgorzata, co wskazywać by mogło na próbę uzyskania dystansu do opisywanych treści, a nawet na literackie ambicje autorki. Na styku tych dwóch niemożności, autentyczności i literackości, rodzą się moje wątpliwości, czy Najgorszy człowiek na świecie jest w ogóle czymkolwiek wartościowym, czy tylko bardzo nieudanym debiutem kolejne celebrytki piszącej źle, ale w słusznej sprawie.

Otrzymujemy oto historię trzydziestokilkuletniej Krystyny, która nie bardzo wie jak się żyje na trzeźwo, ponieważ pije (i to ostro) od czternastego roku życia. Nie jest typową alkoholiczką, jak się wydaje autorce/narratorce, ponieważ ma dobrą pracę, pochodzi z zamożnego domu i obiektywnie rzecz ujmując niczego jej do życia nie brakuje. Po bliższym poznaniu Krystyny, co przez bełkotliwy, efekciarski język wcale nie jest łatwe, zaczynamy rozumieć, że jej problemy z uzależnieniem mają swoje źródło w dzieciństwie, relacjach z rodzicami, a także w skomplikowanym stosunku do własnego ciała. No któż nie ma takich problemów? Powstała w ten sposób słaba osobowość, poddana dodatkowej presji występów telewizyjnych (Małgorzata Halber przez lata występowała w kultowym 5-10-15) zagłębiała się totalnie w nałogu, najpierw alkoholowym, a potem też narkotykowym, i gdyby nie pewna wizyta w szpitalu, zapewne nadal by to tak trwało. Krystyna opisuje zaskakująco szczegółowo swoje życie w pierwszych dniach trzeźwości, swoją walkę o odzyskanie osobowości (o ile taką ma na trzeźwo, bo nie wiadomo) i obserwacje wynikające z uczestnictwa w terapii u licznych psychologów i na grupach wsparcie dla uzależnionych.

Coś dla warszawskich hipsterów

Nie bardzo mogłam się utożsamić z bohaterką, wcale nie dlatego, że alkohol jest mi obcy, ale ze względu na jej ciągłe podkreślanie wyjątkowości warszawskiego statusu. Mieszkanie w stolicy to dla niej stan umysłu. W tym mieście wszyscy nie tylko piją i ćpają na okrągło, gdyż na trzeźwo młodzi menadżerowie i pracownicy mediów nie mogą znieść swojego życia (pod tym względem to idealne uzupełnienie dla Ślepnąc od świateł Żulczyka), ale też zanurzają się coraz bardziej w swoim arogancki, ironicznym materializmie i niestety autorka jest pod tym względem idealnie dopasowana do opisywanego świata.

Choć wyczuwamy prześmiewczy ton, z jakim Halber stara się odnosić to sytuacji Krystyny sprzed terapii (jej płaskie, pozbawione sensu życie, sprowadzające się do zakupów w monopolowym, diety i firmowych ubrań), to jednak po otrzeźwieniu nie jest wcale lepiej. Jestem pewna, że nie jestem jedyną czytelniczką, która miała ochotę rzucić książką o ścianę za każdym razem, gdy pojawiała się konkretna nazwa marki odzieżowej czy kosmetycznej. Jest w tym tekście (choć niby nie) bardzo dużo pogardy dla ludzi, którzy mieli gorszy start w życiu, mniej pieniędzy na koncie. To nie są wyznania alkoholiczki, ale alkoholiczki nie mającej nic wspólnego z tymi wszystkimi podstarzałymi kobietami o czerwonych policzkach i żółtych włosach, czy z panami Stachami w brzydkich tureckich swetrach. Niby jestem skruszona i tolerancyjna, ale przecież po ostatnią stronę, ostatnią literę, oceniam i się wywyższam. To nie ogranicza się tylko do alkoholików czy narkomanów na terapii, ale też do pracowników NFZ oraz prywatnych terapeutów, którzy może i niekompetentni czy leniwi, ale okazują się naprawdę źli dopiero w momencie, gdy nie wiedzą dokładnie, co milczącej Krystynie siedzi w głowie. Z jednej strony Krysia może się śmiać sama z siebie, a z drugiej czytelnik może mieć pewność, że nie zapomni jak ważne w jej życiu są ubrania z Zary czy pewne zielone baletki. Pretensjonalne to strasznie, egzaltowane i niestrawne, a w dodatku zwyczajnie źle napisane. Jak już się decydujemy na formę literacką, a nie surową pamiętnikową, jak już epatujemy dyplomem z filozofii, oczytaniem i obyciem w mediach, to wypadałoby się postarać o doprowadzenie do porządku tych niechlujnych zdań. Halber bardzo stara się zachować luzacki styl, być młodzieżowo cool, a może zwyczajnie nie potrafi inaczej. Niestety, dla czytelnika przebrnięcie przez chaos jej myśli nie jest miłym ani ciekawym estetycznie doświadczeniem. Czułam się dosłownie tak, jakbym czytała notatki gimnazjalistki naskrobane w jej pamiętniczku.

Dlaczego jednak warto?

Co może wynieść z lektury Najgorszego człowieka ktoś, kto nie jest warszawskim hipsterem? Zdecydowanie pouczający jest opis procedur NFZ dotyczących leczenia uzależnień. Podobały mi się nawet relacje ze spotkań AA, choć nie wiem na ile są one wiarygodne. Ciekawe jest także spostrzeżenia na temat tego, że wszyscy się wstydzą (że nie są ładni ani mądrzy), co może podatnych pchać na ścieżkę nałogu, ale niestety zostaje to pod koniec unieważnione tezą, ze nie ma co uogólniać, bo gdy mówimy ,,my” najczęściej chodzi o ,,ja”.

Najgorszego człowieka na świecie poleciłabym także osobom zastanawiającym się nad wpływem diety na nasze zdrowie psychiczne. Z książki jasno wynika, że gdy próbuje się przeżyć na tysiącu kalorii dziennie, w mózgu (pośrednio w emocjach) robią się dziury, równowaga zostaje zachwiana i trzeba ją potem alkoholem wyrównywać. A sama autorka powinna się teraz zaangażować w jakiś projekt kulinarny (już widzę książkę Piecz z Małgosią) lub rozkręcić kanał naukowy poświęcony niesporczakom na YouTubie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *