Ludzka twarz królowej? – wrażenia po drugim sezonie serialu ,,The Crown”

Brytyjska monarchia to dziwne zjawisko, bo choć to przecież nie nasza polska, czy ogólnoświatowa sprawa, to jednak wszyscy lubimy śledzić losy poszczególnych członków familii Windsorów, chętnie wytykamy im małe i duże błędy, z upodobaniem szydzimy z przestarzałej tradycji, a jednocześnie nie możemy się oderwać od ekranu gdy wychodzi serial taki jak ten. Gdzieś w głębi duszy mamy chyba zakorzenione te wszystkie opowieści z dzieciństwa o pięknych księżniczkach, mądrych królach i królowych, o książętach koniecznie na białych koniach i o dworskiej etykiecie oraz strojach, niosących ze sobą powiew największego luksusu i wyrafinowania. Ja także, choć uważam, że utrzymywanie monarchii jest wprost niemoralne (Z jakiej racji mają tyle ziemi, pieniędzy i władzy? Dlatego tylko, że przyszli na świat w rodzinie, której przodkowie byli silniejsi lub bardziej bezczelni od innych i mieli na tyle sprytu by przysłużyć się komuś stojącemu wyżej od nich, kto odwdzięczył się tytułem i ziemię?), z wypiekami na twarzy zasiadłam do drugiego sezonu Korony i obejrzałam te dziesięć godzinnych odcinków w jednym ciągu. Ach!, co to był za weekend!

Koniec miodowych lat

Królową Elżbietę II w drugiej serii zastajemy w momencie potężnego kryzysu politycznego, ale i osobistego. Jest rok 1956, Egipcjanie przejmują Kanał Sueski, a brytyjska opinia publiczna i politycy mówią o największym kryzysie od czasu wybuchu wojny. Przez trzy odcinki królowa będzie zmagać się z tą sytuacją, ale bardziej przejęta jest chyba sytuacją w małżeństwie, do którego wkradła się zdrada, podejrzenia, przemilczenia i nieobecność. Książę Filip został wysłany w długą morską podróż do Australii i sąsiednich poddanych ziem, co stanowi prawdziwą próbę dla tego związku. Królowej nie jest łatwo, zwłaszcza, że nie rozstali się w dobrej atmosferze, a do tego Filip, nawet na odległość, potrafi znaleźć sposób by wywołać w ojczyźnie wielki skandal.

Gdy w końcu dochodzi do jego powrotu i chwilowego zawieszenia broni między nimi, widzowie mogą odetchnąć z ulgą, choć nie na długo. Na szczęście Elżbieta, będąca żoną już dziesięć lat, coraz lepiej radzi sobie z sytuacją i swoimi uczuciami. Na tronie wygląda to podobnie. Dojrzalsza wersja skromnej i nieśmiałej dziewczyny, którą poznaliśmy w pierwszej serii, radzi sobie całkiem sprawnie, co nie oznacza bynajmniej, że czymś się wykazuje. Wprost przeciwnie, rozumie wreszcie, że dojrzałość brytyjskiego monarchy polega na podporządkowaniu się temu, czego wymaga sytuacja polityczna i etykieta. Wraz z kolejnymi premierami i kolejnymi kryzysami, nasza bohaterka wyzbywa się złudzeń i naiwności, które zostają zastąpione przez to zimne i stanowcze opanowanie, które tak dobrze znamy z doniesień prasowych i telewizyjnych.

Królowa też człowiek

W każdym niemal odcinku tej serii widać, jak bardzo twórcy się starali pokazać bardziej ludzką twarz monarchini. Widzimy często kobietę bez korony, zamartwiającą się o przyszłość swojego małżeństwa, planującą kolejne ciąże, rodzącą, ale, co dziwne, niemal nie zajmującą się swoimi dziećmi. Do młodej osoby ubranej i uczesanej jak staruszka (te sweterki, chustki na głowie, te kapelusze i toczki!), która szuka chwili samotności na szkockich wrzosowiskach, czułam nawet przez chwilę sympatie, ale szybko mi przeszło dzięki scenom z polowania. Z taką samą zimna stanowczością, z jaką Elżbieta zabija jelenia, wymierza też kolejne ciosy swym przeciwnikom, często niepotrzebnie, jak w przypadku kajającej się Jackie Kennedy. Sama o sobie mówi, że potrafi być bezwzględna, ale stanowi to nie wadę, lecz źródło jej siły na tronie i w rodzinie, w której dzieje się coraz gorzej. Z mężem i siostrą też musi umieć negocjować i to sprawniej niż z premierem czy z przywódcami innych państw.

Na wielką pochwałę zasługują wysiłki Claire Foy grającej królową, która naprawdę bardzo się wczuła w rolę, perfekcyjnie opanowała akcent, a nawet bardzo się poświeciła nosząc te wszystkie szkaradne ubrania, przez które przy swym ekranowym partnerze wyglądała jak jego babcia, a nie żona. Niestety, wierność oryginałowi, ta sztywność i miny jakby ją coś bolało cały czas, nie są w stanie sprawić, że polubimy tę postać, ale to w końcu dlatego, że sama królowa brytyjska nie jest osobą, którą dałoby się lubić i pewno nie za bardzo jej na tym zależy (Co ją może obchodzić opinia pospólstwa?). Już lepiej wypada tu Filip, który ma przynajmniej poczucie humoru, choć trzeba przyznać, że dosyć złośliwe. Jego żarty z fryzury Jej Królewskiej Mości rozbawiły mnie do łez (Vidal Baboon :).

The best of The Crown

W tym sezonie było wiele pamiętnych momentów, ale do moich ulubionych zdecydowanie należy wizyta Kennedych (odcinek pt. Dear Mrs Kennedy), podczas której prezydent i jego żona palnęli niezliczoną ilość gaf, a potem panie pozwoliły sobie na bardzo osobistą wymianę zdań. Jodi Balfour wypadła znakomicie w roli Jackie Kennedy, podobnie jak partnerujący jej Michael C. Hall jako JFK (Dexter!). Drugi sezon to także niesłychana różnorodność, nie pozwalająca na znudzenie się tematem, dzięki czemu mamy odcinek w dużej części poświęcony księżniczce Małgorzacie, a zwłaszcza sesję zdjęciową młodej damy, która przeszła do historii (odcinek pt. Beryl). Jeśli chodzi o walory dydaktyczne, to pod tym względem polecam epizod Vergangenheit, w którym poznamy niechlubną przeszłość wojenną byłego króla oraz wybranki jego serca, dla której porzucił brytyjską koronę, a także odcinek pt. Paterfamilias, ujawniający fakty z dzieciństwa Filipa i wyjaśniający dlaczego ma tak złą relację ze swym synem, Karolem.

Ogólnie rzecz ujmując, można nie lubić brytyjskiej rodziny królewskiej, można się dziwić, że w grupie ludzi, którym tak bardzo zależy na takcie, dobrych manierach i unikaniu skandali, aż roi się od szokujących i elektryzujących wydarzeń, ale serial o nich i tak trzeba obejrzeć, bo to najlepsze widowisko, jakie obecnie oferuje nie tylko Netflix, ale i cała telewizja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *