Karaluchy Jo Nesbo (audiobook)

Po tym co mi zrobił swoimi przerażająco nudnymi książkami Mankell, sądziłam, że już nigdy nie sięgnę po jakikolwiek skandynawski kryminał. Jakoś szarość, chłód, smutek i dół Norwegów czy Szwedów nieszczególnie różnią się jak dla mnie od naszej polskiej deprechy, a w dodatku są wyjątkowo przereklamowane, co mnie drażni. Podejrzewam, że gdybym zabrała się za twórczość pana Nesbo w tradycyjnej formie papierowej, także nie byłoby to dla mnie nic szczególnie ciekawego. Ot taka sobie cykliczna opowieść (podobno schemat jest wszędzie taki sam, jedzie detektyw za granicę i rozwiązuje sprawę, lokalny klimat i tym podobne), w której główny bohater, czyli zmęczony życiem i alkoholem (czy naprawdę każdy powieściowy policjant musi być pijakiem? to nudne!) inteligentny policjant, widzi to, czego inni (trzeźwi) nie dostrzegają. Na szczęście audiobook to zupełnie inna jakość. Dzięki świetnej muzyce i doskonałym aktorom udało się zamienić dość nieciekawą i dłużącą się historię w coś co bardzo przypomina pasjonujące przedstawienie teatru radiowego.

Osią całej fabuły jest zabójstwo norweskiego ambasadora w Tajlandii. Sprawę zadźgania starszego dyplomaty nożem ma rozwiązać pogrążający się w alkoholizmie Harry Hole, który musi czym prędzej doprowadzić się do porządku i przetransportować z Oslo do Bangkoku. Niech się nie zrażają ci, którzy nie czytali wcześniejszych przygód dzielnego policjanta, ponieważ wszystkie ważniejsze wydarzenia z życia Harrego zostają tu w międzyczasie przywołane. Dowiadujemy się więc, że mężczyzna popadł w alkoholizm m.in. po tym jak ktoś zgwałcił jego siostrę. Żeby było bardziej drastycznie dziewczyna zaszła w ciążę, podczas gwałtu potwór odciął jej sutek, a w dodatku siostra detektywa jest chora na zespół Downa. Taka to już książka, w której nieszczęścia piętrzą się jedno na drugim.

Po przybyciu do Bangkoku Harry poznaje całą galerię bardzo specyficznych policjantów i jeszcze dziwniejszych przestępców. Wraz z nim poznajemy świat norweskich imigrantów, lokalne środowisko przestępcze oraz całą egzotykę tajlandzkiego biznesu erotycznego, który zdaje się mieć wiele wspólnego ze śmiercią zacnego dyplomaty.

Dla słuchającego (lub czytającego) to polskiego czytelnika jest to dość dziwne, takie spiętrzenie obcości i egzotyki. Norweg jedzie do Tajlandii, a tam w dodatku poznaje całą międzynarodową ludzką zbieraninę (łysą pół-amerykańską policjantkę, czy czarnego stróża na parkingu). Ale lepiej tak, niżby miał to być kolejny kryminał zatopiony w skandynawskiej śnieżycy i mrozie.

Główną atrakcją Karaluchów są oczywiście aktorzy. Do tej pory reagowałam alergicznie na Borysa Szyca, ale trzeba przyznać, że jest wprost idealny do roli nietrzeźwiejącego policjanta, nie traktującego swojego zdrowia i życia zbyt poważnie. Tutaj ,,najgorszy polski aktor” wpasował się znakomicie. Momentami bywa nawet zabawny czy rozczulający, szczególnie w rozmowach telefonicznych z chorą siostrą. Wspaniała jest także Danuta Stenka w roli wdowy po duńskim ambasadorze. Szczególnie dobry jest fragment, w którym opowiada o swoim ojcu, zajadającym się węgorzami-trupkami. Stenka robi to tak żywo i smakowicie, że od razu nakłada nam się na to obraz z reklamy pewnych biszkoptów z galaretką. Bardzo podobała mi się także rola Bogusława Lindy. Wprost idealna dla niego.

W Karaluchach zachwyca również cała dźwiękowa warstwa pozawerbalna. Mroczna muzyka Wojciecha Mozolewskiego buduje jak trzeba napięcie i nerwowy klimat. Do tego odgłosy ulicy (podobno autentyczne, z Tajlandii) czy dźwięki z restauracji, i wychodzi naprawdę żywotne przedstawienie w wyobraźni. To jak sobie siorbają, chłepczą, wzdychają i pochrząkują, jest naprawdę ciekawsze od tego co mówią bohaterowie i w ogóle od całej kryminalnej intrygi. Takich wrażeń akurat nie da nam książka w tradycyjnym wydaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *