Jeszcze nie koniec

Za dwa dni (w piątek 16 lutego) ma premierę nowy film Xaviera Legranda o przewrotnym tytule Jeszcze nie koniec. Fabuła rozpoczyna się tam, gdzie większość związków małżeńskich się kończy, czyli podczas rozprawy, na której sędzia ma rozstrzygnąć jak będzie wyglądał podział praw rodzicielskich rozwiedzionych już małżonków. Gdy podczas tej bardzo długiej sceny słyszymy prawniczy bełkot, równie zagmatwane i podobnie niewiarygodne relacje męża i żony, a nawet gdy padają słowa o tym, że wina przecież zawsze leży po obu stronach, już możemy myśleć, że wiemy jakie kino nas czeka, ale uwaga, bo można się zdziwić. To, co zapowiadało się jako spokojne kino społeczne, opowiadające o tym, jak trudny dla wszystkich członków rodziny bywa rozwód i jak się po nim pozbierać, rozwija się w wywołujący bardzo silne emocje thriller. Jeszcze nie koniec to film na ważny temat, ale zdecydowanie niełatwy w odbiorze.

Małżeńskie porachunki

Zdania są podzielone, gdyż jedni widzą tu głównie historię męża, który poniósł kompletną życiową klęskę, nie sprawdził się ani jako mąż, ani jako ojciec, ani nawet jako syn, a teraz jeszcze postanawia pociągnąć swoich bliskich ze sobą na dno. Inni widzowie natomiast skupiają się na żonie, ofierze przemocy fizycznej i psychicznej, na której małżeństwo z brutalem odcisnęło potworne piętno, a mimo tego kobieta próbuje jakoś żyć normalnie, bo w końcu ma dzieci, które na nią liczą. Moja uwaga jednak od samego początku skupiała się na synu, którego cała sytuacja dotyka najbardziej.

Po rozpoczynającej film scenie rozprawy sądowej, w wyniku której Antoine Besson (Denis Ménochet) otrzymuje prawo spędzania ze swym synem co drugiego weekendu, następuje seria przepychanek między byłymi małżonkami, przy czym niestety częściej widzimy co wyprawia tata. Podczas gdy Miriam (Léa Drucker) próbuje się jakoś poskładać po rozwodzie, wygrzebać z szoku i otępienia, a także skutecznie unikać kontaktu z Antoinem, jej były mąż skupia się na tym, by kontakty z synem zamienić w serię przesłuchań dotyczących reszty rodziny. Widać wyraźnie, że mężczyźnie nie zależy za bardzo na małym Julienie (Thomas Gioria), którego albo lekceważy, albo zmusza (często w dość agresywny sposób) do ujawniania informacji o matce. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale zapewniam, że eskalacja emocji jest ogromna, aż do zaskakująco wybuchowego finału.

Prosta, prawdziwa historia

Uważam, że takich opowieści nigdy dość, zwłaszcza w czasach gdy blisko połowa zachodnioeuropejskich małżeństw kończy się rozwodem, nie zawsze w miłych okolicznościach. Takie tematy jak przemoc psychiczna i fizyczna w rodzinie, czy kryzys współczesnej męskości, także zasługują na to, by ciągle im się przyglądać i to z różnych perspektyw. Legrandowi udało się w Jeszcze nie koniec uchwycić coś bardzo trudnego i ulotnego, czyli to, co dzieje się w umyśle chłopca, obserwującego piekło jako rozpętało się w jego najbliższej rodzinie. Delikatny, blondwłosy chłopaczek z ustami w podkówkę każdemu widzowi może złamać serce, tak dzielnie się stara sprostać postawionemu sobie samemu zadaniu, czyli strzeżeniu matki. Wszyscy aktorzy grający w tym filmie, stają na wysokości zadania, grając oszczędnie i bardzo przekonująco (czasem ma się wręcz wrażenie, że patrzymy na dokument), ale wcielający się w małego Juliena Thomas Gioria jest wprost niesamowity i widz może się tylko domyślać, ile te sceny z ojcem musiały kosztować młodego artystę. Dla niego samego warto pójść na seans.

Jestem pewna, że nie zaangażowałabym się w tę historię aż tak, gdyby nie forma, w jakiej została przedstawiona. Od pierwszych chwil chwytają nas wąskie, klaustrofobiczne kadry, przez co (czy nam się to podoba, czy nie) stajemy się bardzo bliskimi świadkami rodzinnej tragedii. To wszystko, co zwykle dzieje się za zamkniętymi drzwiami, rozgrywa się przed naszymi oczami i to tak, że można mieć wrażenie, że drzwi nadal pozostają zamknięte. Dusząca bliskość ojca i syna, uwięzionych w małym samochodzie, czy sceny z ciasnawego korytarza w mieszkaniu rodziny o bardzo skromnym budżecie, a do tego oszczędne dialogi i odgłosy codziennego życia – ta mieszanka nikogo nie pozostawi obojętnym.

Choć obejrzałam Jeszcze nie koniec kilka dni temu, cały czas różne wątki kołaczą mi się po głowie. To jeden z tych filmów, który wydaje się niepozorny i przeciętny, ale jednak zostaje z widzem na dłużej i odkrywa swoje drugie i trzecie dno. Mnie najbardziej trapi to, jak to w ogóle możliwe, że podczas rozprawy sądowej i później, Miriam nie chciała przedstawić żadnych dowodów przeciwko domowemu tyranowi. Zupełnie tak, jakby jej zależało jedynie na tym, by sprawa wreszcie przycichła, by mieć to już za sobą. No i co z Antoine’a za ojciec, który walczy o opiekę nad synem, ale z niemal dorosłą córką nie chce mięć za wiele wspólnego. Jakieś wybiórcze te jego rodzicielskie uczucia. Jestem pewna, że każdy z widzów będzie miał szansę zobaczyć w tym filmie coś innego, być może nawet jakieś słabe odbicie, czy niewielki odprysk własnej historii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *