House of Cards – wrażenia po finałowym sezonie (spojlery)

Jak na ukoronowanie tak wielkiego serialowego zjawiska jakim jest House of Cards, szósty sezon niestety zawiódł moje oczekiwania. Przyznam się, że przez pierwsze trzy odcinki trudno mi było przebrnąć, a raz nawet przysnęłam, co mi się nigdy nie zdarza. Mam wrażenie, że seria drastycznie straciła na jakości i nie chodzi tylko o nieobecność kluczowej postaci Franka Underwooda, ale i o coraz bardziej mętną, melodramatyczną fabułę, a nawet zdjęcia i muzykę. To już nie jest ta klasa co przy pierwszych sezonach niestety, ale cóż, to nadal HoC i warto obejrzeć te ostatnie odcinki, chociażby dla poczucia domknięcia pewnej fazy w historii kultury popularnej, czy dla widoku Lady Makbet w ciąży.

Jak w Dynastii

Nie wiem co się stało, ale kogoś poważnie zdmuchnęło z właściwego kursu. To już nie jest praktycznie ten sam serial. Najbardziej rażącą zmianą jest dla mnie zwracanie się do widza bezpośrednio przez Claire i Douga, co w samo w sobie nie byłoby jeszcze takie złe, gdyby aż tak tego nie nadużywano. Niestety pani prezydent z szóstego sezonu nie potrafi niczego zatrzymać dla siebie i komentuje praktycznie każde swoje posunięcie, a tak, żeby biedny widz się nie zgubił. Oczywiście, jak chyba każdy, doceniam jej monolog Jokera na kanapie, ale resztę poważnie mogła sobie odpuścić. Przez zbytnie dopowiedzenia nic nas już nie zaskakuje, a serial traci na jakości z godziny na godzinę.

Nie mogę też wyjść z podziwu nad estetyką wizualno-muzyczną widowiska. Chłodne i nieco mroczne ujęcia zostały zastąpione ciepłym, letnim słoneczkiem, a muzyka to wręcz groteskowe melodyjki rodem z tanich horrorów, całkiem dobrze pasujące do często przywoływanych wizji, retrospekcji z lat nastoletnich i zjawisk niemal paranormalnych (jak głosy z wnętrza ściany).

Najbardziej jednak dziwi sama fabuła, w której można się od razu pogubić. Tym razem głównymi przeciwnikami Claire Underwood są amerykańscy oligarchowie, reprezentowani przez rodzeństwo Shepherdów. Bogacze, stojący za kulisami władzy politycznej i mający władzę absolutną wynikającą z pieniędzy jakie posiadają, próbują przez cały sezon zrobić z pani prezydent posłuszną kukiełkę, a ta się im nie daje. Każde ich starcie wygląda praktycznie tak samo. Bill (Greg Kinnear) i Anette (Diane Lane) coś sobie uradzą, po czym idzie polecenia do przekazania przez wiceprezydenta. Claire go nie słucha i Annette, dawna przyjaciółka z dzieciństwa, musi interweniować, co tylko pogarsza sprawę i zaognia konflikt. I tak w koło Macieju, dookoła Wojtek. Męczące to bardzo i irytujące, zwłaszcza gdy już widz myśli, że coś z tego rozumie, do czegoś to prowadzi, a tu klops i morderstwo. Niby obserwujemy wyrafinowane intrygi, ale rozwiązaniem każdej z nich jest prostackie morderstwo. Jakby scenarzyści nie bardzo wiedzieli co począć z tym całym bałaganem i postanowili zakończyć sprawę jednym prostym cięciem.

No i ostatnią z rzeczy, które mi tu przeszkadzały, jest wątek Douga, którego zupełnie nie rozumiem. O co chodzi temu człowiekowi? Co z nim nie tak? Czy uważa, że Frank był jego zastępczym ojcem czy największym wrogiem? Zupełnie nie kupuję tego, że to on zamordował byłego prezydenta, tak jak nie kupuję jego nienawiści do Claire, z którą przecież konsultuje każde posunięcie w całkiem przyjaznych wieczornych konwersacjach. Zupełny brak logiki. I dałby już spokój z tą nieszczęsną Rachel. Obnoszenie jej trupa przez kolejny sezon jest już strasznie nudne.

Ciało

Jeśli chodzi o maniery i cały lifestyle, to nasi bohaterowie nadal są szczytem wyrafinowania, jednak istota ich poczynań pozostaje, tak jak zwykłych ludzi, do bólu cielesna. Zamiast szachowych rozgrywek, subtelnych politycznych posunięć i delikatnej dyplomacji, czyli tego wszystkiego, czego byśmy się spodziewali po ludziach tej klasy, mamy zagrania rodem z telenoweli. W tej serii Claire, która chce zabezpieczyć majątek po mężu i jednocześnie zyskać poparcie wyborców, zachodzi w ciążę (a wszyscy myśleliśmy, że już nie może), z którą obnosi się jak z orężem. Jej największy wróg Bill Shepherd umiera na raka (co ma tłumaczyć jego złowieszczą desperację), a jego siostra Annette za pomocą seksu omotała wiceprezydenta by mieć panią prezydent w szachu. No niezbyt to zmyślne, przyznacie? W kobiecie zachwycającej się ruchami płodu i gorliwie zachęcającej wszystkich do pomacania brzucha, trudno mi było rozpoznać tę chłodno myślącą Claire Underwood z pierwszych sezonów. A już szczytem absurdu była akcja pt. ,,To nie jest twój prawdziwy syn”, w której ujawniono, że potomek Annette jest tak naprawdę synem sprzątaczki. Jak dla mnie to już jest najniższy serialowy poziom z możliwych. W końcu zdrady, trupy i ciąże mamy w tylu innych popularnych widowiskach. Po tym serialu spodziewaliśmy się chyba czegoś więcej.

Ikona kobiecości

Paradoksalnie postać Claire Underwood i tak pozostaje najmocniejszą stroną tego serialu, szczególnie po niespodziewanym zniknięciu małżonka. Najbardziej pamiętną sceną serii będzie na pewno moment, w którym pani prezydent prezentuje skład swojego nowego gabinetu, a tam przy wielkim stole siedzą same kobiety. Od razu myślimy Seksmisja! A zaraz potem, sorry, ale skoro nie dziwią nas rządy składające się z samych starszych panów ubranych w identyczne garnitury, to dlaczego szokuje nas widok całkowicie sfeminizowanych doradców prezydent USA? To coś jednak mówi o naszym świecie.

Przyznam, że ciężko mi trochę uwierzyć w feminizm Claire, zwłaszcza po tym, jak wyraziła wolę by dziecko jej współpracowniczki z fundacji zgniło w jej łonie, no i po tym, jak bliskie jej kobiety z szóstego sezonu zaczęły padać jak muchy w dziwnych okolicznościach. No ale feminizm w jej przypadku się sprzedaje.

Zapamiętamy wreszcie Claire jako ikonę stylu i niedościgły wzór estetycznej klasy dla nas wszystkich. W tym sezonie bohaterka zaprezentowała się w stylowych wdziankach inspirowanych mundurem (jak przystało głowie państwa), idealnie skrojonych i minimalistycznych. Kolejny raz pokazała, że czas nie szkodzi prawdziwemu pięknu. No a jej wizerunek w ciąży to już prawdziwa bomba. Mimo zaawansowanego wieku, ta przyszła matka sprawiła, że wszystkie ciężarne na całym świecie poczuły się jak niezdarne, zapuszczone czupiradła :) Pamiętajmy jednak, że to tylko magia telewizji i że nawet Robin Wright w rzeczywistości nie jest idealna, w przeciwieństwie do Claire Underwood.

One thought on “House of Cards – wrażenia po finałowym sezonie (spojlery)

  • Listopad 10, 2018 at 1:36 am
    Permalink

    Hmmm. Fakt, wszyscy wieszają psy na 6 sezonie. I wszyscy są rozczarowani. Ja nie…
    Moim zdaniem ten sezon jest dla nas trudny do ogarnięcia. Nie zauważamy niuansów. Owszem, co bardziej oczytani wiedzą, że ten sezon to współczesna metafora losów Lady Makbet. Kto śledzi amerykańską scenę polityczną widzi dziesiątki aluzji do Trumpa, niewyjaśnionych wątków rosyjskich powiązań czy manipulowanie kongesmenami. Jeszcze inni uśmiechną się patrząc na kulisy wyboru sędziego Sądu Najwyższego.
    Gabinet samych pań, teatralna ciąża, pseudofeministyczny bełkot… A potem czytam na prawicowych portalach o lewackich przegięciach….
    Brakuje nam, tu w Polsce – dystansu do tej opowieści. Bierzemy ją dosłownie, niby zauważamy puszczane do nas oko, ale wzruszamy przy tym ramionami.
    Moim zdaniem to znakomity sezon. Przemyślany. Świetnie zagrany. Tragiczny. I sądzę, że docenimy go… za jakiś czas, kiedy znów wrócimy do Waszyngtonu Underwoodów.
    Pozdrawiam

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *