Elizabeth Strout, Mam na imię Lucy

Jest to powieść skromnych rozmiarów, napisana w równie skromnym, bardzo oszczędnym stylu, jednak od pierwszych słów czułam, że będzie to ważna dla mnie lektura. Niby nic się tu nie dzieje, takie zwykle codzienne, powszechne sprawy, a jednak wszystko aż buzuje od emocji. Podobnie jak we wspaniałej Olive Kitteridge, Elizabeth Strout porusza najważniejsze życiowe kwestie, takie jak relacje z rodzicami, sposób w jaki wychowanie na nas wpływa i po prostu to kim i dlaczego czujemy się w głębi duszy. Choć sprawy najważniejsze poruszane są tu niezwykle subtelnie, to jednak historia tytułowej Lucy wprost rozrywa czytelnika na strzępy, bo nie sposób nie widzieć w bohaterce samego siebie. Wzięłam ten tom do ręki i od razu wiedziałam, że to o mnie.

Chorobowy życiowy dystans

Lucy Barton, mieszkająca w Nowym Jorku młoda żona i matka dwóch wspaniałych dziewczynek, nieoczekiwanie zapada na nieznaną chorobę i ląduje w szpitalu. Jej stan jest poważny, ale nie zagraża życiu, jednak kobieta spędza w szpitalnym łóżku wiele tygodni, słaba i smutna z powodu rozłąki z rodziną. Na prośbę jej męża, na pięć dni dołącza do Lucy dawno niewidziana matka, która postanawia czuwać przy łóżku chorej córki. Dzięki jej obecności, nasza bohaterka może dokonać rozrachunku ze światem, przemyśleć wszystko jeszcze raz i spróbować nawiązać zerwaną relację z najważniejszą kobietą w jej życiu.

Lucy wychowała się na odległej prowincji, w domu na przedmieściach, który nie miał innych budowli wokół siebie, a jedynie rozległe pola kukurydzy, w których mała dziewczynka, wraz z rodzeństwem, mogła się bawić. Dzieciństwo Lucy to samotność i bieda. W domu nie było wielu rzeczy, a najbardziej dotkliwe braki to nieobecność pieniędzy, telewizora i książek. Pierwsze lata życia dziewczynka, jej rodzice i dwójka rodzeństwa, spędzili w niewielkim garażu, czekając na śmierć starego krewnego, do którego domu w końcu mogli się wprowadzić. Narratorka (w pierwszej chwili bardzo przypominająca tę ze Szklanego zamku Jeanette Walls) pisze o izolacji, jaka wiązała się z biedą, o tym jak została doskonałą uczennicą i w końcu wyjechała na studia dzięki temu, że przesiadywała w szkole po lekcjach, bo tam było ciepło, a w domu nie, a także dzieli się z nami wieloma późniejszymi momentami, które okazały się dla niej kluczowe. Nie ma w tym goryczy, a jedynie zdziwienie, że na przykład tak długo nie obchodził jej własny wygląd, albo jak dziwnie było jej rozmawiać z ludźmi, którzy wciąż odnosili się do kultury popularnej, o której ona, nie mając telewizji, nic nie wiedziała. No i oczywiście, Lucy dzieli się z nami także wspomnieniami tego, jak została pisarką i co ją do tego skłoniło. To przez te fragmenty wiele osób utożsamia Lucy z Elizabeth Strout. Sama pisarka zaprzecza i trudno się dziwić. Zawarta w książce tajemnica traumy z dzieciństwa (także tej nienazwanej do samego końca), nieobecność ojca i dystans emocjonalny matki, to nie są rzeczy, z których ktoś chciałby się publicznie tłumaczyć.

Gorszość

„Napisałam już wcześniej: Interesuje mnie to, jak znajdujemy sposoby, by czuć się kimś lepszym od innej osoby lub grupy. Tak jest zawsze i wszędzie. Nieważne, jak to nazwiemy, ale uważam, że to najgorsza strona naszej osobowości, ta potrzeba znalezienia kogoś, kogo moglibyśmy poniżyć”.

To wyznanie narratorki dosłownie wcisnęło mnie w fotel. Nigdy jeszcze nikt nie nazwał tak precyzyjnie tego, co przeszkadza mi najbardziej w ludziach. Prywatnie nazywam to epidemią narcyzmu, ale w nim też chodzi o to, by poczuć wyższość nad innymi.

Lucy była wyjątkowo łatwym celem jeśli ktoś chciał podbudować ego jej kosztem. Biedna, skromna i niedysponująca ironicznym poczuciem humoru, którym zarażeni są chyba już wszyscy młodzi ludzie, odczuwała swą gorszość, ale tu się zdziwicie, bo w zupełnie nieoczekiwanych sytuacjach. Każda z nich jest tu nakreślona subtelnie i delikatnie, ale nie dajcie się zwieźć, Strout uderza bardzo mocno i tnie precyzyjnie jak skalpelem po naszych emocjach. Jednym słowem, z Lucy robi to samo co z Olive, a w dodatku na koniec czytelnik czuje do bohaterki podziw i wdzięczność.

Elizabeth Strout jest dla mnie mistrzynią stylu. Nie ma tu żadnego efekciarstwa, żadnego szantażu emocjonalnego i literackich tanich sztuczek. W świecie jej bohaterek nie ma też kiczu, za co jestem bardzo wdzięczna. Mogę się założyć, że ten prosty i elegancki styl, który wielu osobom może wydać się przesadnie ubogi i okrojony z barw, musiał kosztować dziesiątki godzin morderczej literackiej pracy. Klasę tej pisarki można rozpoznać po tym, z jak wielu pokus zrezygnowała, ile ozdobników i efektownych metafor pominęła, by móc precyzyjnie przekazać to, co miała do powiedzenia. Robi to, składając mapę życia bohaterki z puzzli, wśród których nie ma tego, co zazwyczaj w tego rodzaju opowieściach. To co najbardziej wpłynęło na Lucy Barton, co zapamiętała na całe życie, to fragmenty rozmów z przypadkowymi ludźmi, wyrazy twarzy, ton głosu. Podpowiedź jak być pisarzem, uwaga rzucona przez przyjaciela czy to, czego w konkretnej sytuacji nie mówi jej matka, mają wielką moc i decydują o jej dalszym życiu. No i oczywiście to milczenie nad ojcem, otwierające przestrzeń dla nieskończonych domysłów.

Zapewniam, że ta mała książeczka robi wielkie wrażenie. Mimo wszystko jest pełna ciepła i czegoś, co, z braku lepszej nazwy, muszą nazwać humanizmem. Naprawdę żałuję, że sięgnęłam po nią dopiero teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *