Pomiń zawartość →

Olive Kitteridge autorstwa Elizabeth Strout

Książka ta ukazała się w Polsce już cztery lata temu, ale niestety pod bardzo niefortunnym tytułem Okruchy codzienności i właśnie tę wersję przeczytałam, choć są już w księgarniach nowsze. Od razu muszę powiedzieć, że uwielbiam sieć szczecińskich bibliotek miejskich za to, że już tego samego dnia, w którym napisałam notkę o serialu i zaczęłam myśleć o wersji drukowanej, mogłam zamówić i odebrać ten wyjątkowy zbiór trzynastu opowiadań. Olive z pewnością pochwaliłaby moją oszczędność. Jak się okazało po lekturze, mamy z tą panią wiele wspólnych cech (niepokojąco wiele). Poleciłabym tę książkę oczywiście wszystkim fanom serialu HBO, ale także wszystkim Polkom w wieku 40 plus. Naprawdę mogłyby odnaleźć siebie w tych ciągłych żalach, praktycznym podejściu do życia, dyscyplinie i zgorzknieniu. Nie myślcie jednak, że to lektura pesymistyczna. Zapewniam, że w każdym akapicie jest promyk nadziei, choć najczęściej jest to nadzieja na szybką i bezbolesną śmierć.

Olive jak żywa

Zacznijmy może od tego, że Okruchy codzienności mają najlepszy początek, ze wszystkich książek jakie czytałam do tej pory. W moim subiektywnym odczuciu przebijają nawet największych, także W poszukiwaniu straconego czasu i Annę Kareninę. Pierwsze opowiadanie o tytule Apteka, rozpoczyna się od opisu rutynowej drogi do pracy Henry’ego, męża Olive. Prawdopodobnie dlatego, że jest to emanacja wszystkich moich czytelniczych i życiowych pragnień (tak, tak, mieć pracę, do której wychodzi się rano radośnie i bez stresu), opis ten wprawił mnie w totalną ekstazę. Jak zresztą można nie zachwycić się zdaniami typu „Opony sunęły miękko po nawierzchni, światło przebijało się przez poranną mgłę, po prawej stronie ukazywała się na chwilę zatoka, a potem wysokie smukłe sosny. Niemal zawsze jeździł z uchylonym oknem, ponieważ kochał zapach sosen i ciężkie od soli powietrze, a w zimie – jej mroźne tchnienia.”? Toż to cały Henry i jego mały przytulny świat, jaki sobie stworzył wraz z żoną w miasteczku Crosby w stanie Maine.

Wbrew tytułowi, w snutych tu opowieściach nie chodzi tylko o samą Olive, choć ona jest spoiwem łączącym opowiadania i pojawia się w każdym z nich. Są tu różne historie mieszkańców Crosby, najczęściej w dojrzałym i starszym wieku, składające się razem na fascynujący portret psychologiczny współczesnych mieszkańców amerykańskiej prowincji. Najwięcej jest oczywiście Olive, ale pojawia się także subiektywny punkt widzenia jej męża, pianistki z lokalnej restauracji, właściciela sklepu żelaznego oraz małej dziewczynki. Łączy ich wszystkich pewien ekscentryczny sposób życia, jakieś wewnętrzne pęknięcie, dokładnie ukrywane przez tradycyjnie amerykański szeroki uśmiech. Każdy jest tu w jakiś sposób rozczarowany rzeczywistością, ale mnie najbardziej uderzyło rozczarowanie starszych obywateli Crosby, niepogodzonych z upływem czasu, wyjazdami dzieci, śmiercią współmałżonków.

Najżywszy jest oczywiście portret Olive, która w mojej wyobraźni zagościła niczym realna osoba. Do tej pory, podobnie jak miliony innych czytelników, w wielu różnych sytuacjach zastanawiałam się, co by zrobiła Jane Eyre, a teraz będę też myśleć nad opiniami pani Kitteridge. Bardzo lubię w niej to połączenie inteligencji ze zgryźliwym poczuciem humoru, emocjonalnym chłodem, ale też z miękkim jak krówka ciągutka, choć skrzętnie ukrywanym, wnętrzem. Widziana nie tylko swoimi oczami, ale i oczami swoich uczniów oraz sąsiadów, ta zgorzkniała nauczycielka matematyki jawi się nam jak żywa i ma wiele ciekawych sądów do przekazania.

Starość nieoswojona

Jeśli już nawet pominąć zdyscyplinowany, oszczędny i precyzyjny język, wspaniałe opisy przyrody oraz bogactwo charakterów, to warto sięgnąć po tę książkę, ponieważ ona spośród niewielu mówi prawdę o starości (a przynajmniej sprawia takie wrażenie, a to mi wystarczy). Seniorzy nie są tu upupieni, zdziecinniali, ubezwłasnowolnieni przez swoje rodziny i sprowadzeni tylko do roli darmowych opiekunów wnucząt. Starsi mężczyźni i kobiety zyskują głos, dzieląc się z czytelnikiem swoimi małymi radościami i wielkimi klęskami, dylematami moralnymi i przyziemnymi obserwacjami starzejących się ciał. Nagle odkrywamy co to dokładnie oznacza, że seniorzy też mają życie uczuciowe i seksualne. Zaczynamy rozumieć zawiść teściowych i rozczarowanie matek, a także tę całą międzypokoleniową zazdrość i wrogość. Zapewniam, że gdy się spojrzy na rzeczywistość oczami Olive, także można znienawidzić ludzkość i szczerze zwątpić w sens rodzicielstwa.

Za kilkadziesiąt lat ja także będę otyłą, sfrustrowaną i pewno też schorowaną starszą panią, a dzięki tej książce mogłam poczuć się tak już teraz, taka jest sugestywna. Przyszli starsi otyli panowie także znajdą coś dla siebie. Poczujcie ten strach, spowolnienie i ociężałość, a może dzięki temu inaczej spojrzycie na swych rodziców i dziadków.

Z mojej notki wynika zapewne, że to lektura dla smutasów i nerwusów, ale zapewniam, że tak nie jest. Są tu także uderzająco ciepłe opisy szalenie przychylnego stosunku starych do młodych i na odwrót. Naprawdę w każdym zdaniu czuć, że tę książkę napisał ktoś, kto bardzo lubi ludzi, ze wszystkimi ich wadami i zaletami. Nie może w to wątpić nikt, kto przeczyta choćby historię przyjaźni Henry’ego i myszowatej Denise. Ucieszą się także widzowie, którzy po serialu tak jak ja poczuli, że chcą więcej. Więcej szczegółów z życia bohaterów, więcej ukrytych motywów. Naprawdę się nie rozczarujecie.

Opublikowano w Książki

2 komentarze

  1. […] powieść bardzo mnie zasmuciła. Liczyłam na emocje podobne do tych, których doznałam czytając Olive Kitteridge czy Mam na imię Lucy, ale niestety, moje oczekiwania się nie spełniły. Wszyscy są tu dość […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.