Dziecko Rosemary (Rosemary’s Baby)

No i mamy kolejne rozczarowanie tego sezonu. Składający się z dwóch części remake kultowego dzieła Polańskiego nie powala ani oryginalnością podejścia do tematu, ani tym bardziej grą aktorską. Jedynymi powalonymi są zapewne ci widzowie, którzy normalnie polegli ze znudzenia i zasnęli na kanapie. Żałuję ogromnie, że zmarnowałam na ten seans ponad trzy godziny z mojego życia (które mogłam przeznaczyć na przykład na oglądanie po raz kolejny oryginalnej wersji). Oczywiście rozczarowanie jest tak duże, ponieważ oczekiwania też miałam ogromne. Narobili człowiekowi nadziei, a tu taka nuda i aktorskie drewno. Coś nie bardzo pani Holland to wyszło.

Para głównych bohaterów w nowym Dziecku Rosemary to młodzi Amerykanie (pisarz i tancerka), którzy chcą rozpocząć w Paryżu nowy rozdział swojego życia. Guy (Patrick J. Adams) ma nadzieję na ukończenie książki, a Rosemary (Zoe Saldana) musi się pozbierać po niedawnym poronieniu. Zaraz po ich przybyciu do stolicy Francji wszystko zaczyna się toczyć nadspodziewanie pomyślnie. Po poznaniu pary uroczych starszych Francuzów, Margaux (Carole Bouquet) i Romana (Jason Isaacs) Castevetów spotyka ich seria bardzo fortunnych wypadków. Dostają mieszkanie w najlepszym budynku w mieście, Guy dostaje świetną posadę na Sorbonie i kończy powieść, a w dodatku Rosemary zachodzi w kolejną upragnioną ciążę. A że przy okazji trup się ściele gęsto dookoła, to najwyraźniej nikogo poza samą ciężarną nie dziwi. Zresztą ona sama jest tak skupiona na boleśnie rozrastającym się brzuchu, że nie ma czasu na rozwikłanie śmiertelnych zagadek.

Ta produkcja niestety nie wnosi niczego ciekawego do tematu. Wersja Polańskiego, z tą swoją duszną, napiętą atmosferą i mrokami podświadomości ciężarnej kobiety była o wiele, wiele lepsza. Już zawsze chyba będę myślała o tym filmie przede wszystkim jako o wyrażeniu sumy wszystkich strachów matki spodziewające się dziecka. To całe zastanawianie się ,,Co ja mam w brzuchu? Czego to chce? Dlaczego tak nienawidzi mojego ciała? Czy ja to przeżyję? Czy jemu nic nie zagraża?” jest bardzo realne i w tajemniczy sposób łączy się z reprezentowaną przez satanistów mroczną stroną ludzkiej osobowości. W miniserialu Holland niczego takiego nie znajdziecie. Nie ma tajemnicy i nie ma grozy. Wszystko od początku wiadomo i nie rozumiem po co widz ma przez tak długi czas oglądać miotającą się młodą kobietę (normalnie jest jak w 666 Park Avenue). Choć w sumie znam chyba odpowiedź na to pytanie. Postać głównej bohaterki to przecież tylko pretekst do pokazania na niej wielu naprawdę pięknych ubrań, a także otaczających jej ładnych francuskich wnętrz (choć trudno w tym przypadku mówić o różnorodności).

W ogóle to Zoe Saldanę obwiniam o większą część tej telewizyjnej porażki. Myślę, że inni widzowie tak jak ja byliby skłonni darować twórcom brak dynamiki czy atmosfery, gdyby chociaż główna aktorka była lepsza. Saldana zwyczajne nie potrafi grać. Brak jej talentu i uroku Mii Farrow, od której nie dało się wprost oderwać wzroku. Patrzenie na twarz czarnoskórej aktorki boli, bo choć ładna, ma irytującą, zbolałą mimikę, jakby chciała się popłakać lub było jej niedobrze (i to jeszcze przed ciążą). Dziewczyna jest sztywna, wręcz drewniana, a przez to jej postać staje się niewiarygodna. Jej poprzedniczka u Polańskiego potrafiła sprawić, że się ogryzało paznokcie z napięcia i głośno jej kibicowało. A tutaj parę razy wręcz chciałam by podstępni sataniści (też teatralnie sztuczni i tacy napuszeni) skończyli wreszcie jej męki i nie czekając na dziecko z niej złożyli ofiarę.

Partnerujący Saldanie Patrick J. Adams (Mike Ross z serialu Suits) nie jest wcale lepszy, a jego niedostatki wyraźnie uwypuklają dobrzy, doświadczeni aktorzy wcielający się w Castavetów. W ogóle obyłoby się bez jego postaci. Najgorzej jest jednak z Weroniką Rosati, która pojawia się na ekranie na ułamki sekund. Nie wiem po co do takiej roli w ogóle zatrudnia się aktorkę, skoro każda ,,baba z ulicy” też by się nadała. Nie rozumiem także po kiego czorta panna Rosati tyle opowiadała o swojej roli u Holland (na przykład w niedawno emitowanym Maglu towarzyskim). No jak nic mamy kolejny sukces polskiej kinematografii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *