Suits (W garniturach)

Właśnie zakończył się drugi sezon dość specyficznego serialu o prawnikach o wiele mówiącym tytule Suits (tytuł wspaniale przetłumaczony na W garniturach), który od pierwszego odcinaka dzieli widzów na zdecydowanych przeciwników i absolutnie zakochanych fanów. Z przykrością muszę stwierdzić, że trzymam raczej z tymi pierwszymi i jeśli nie powstanie kolejna seria, to płakać raczej nie będę. Jeśli już mnie coś pociąga w tej produkcji, to z pewnością nie to, co powinno zdaniem producentów.

Z serialu Suits możemy się dowiedzieć jak bajeczne życie prowadzą prawnicy z dużej nowojorskiej korporacji. Praca jest dla nich tylko okazja do pokazywania kolejnych markowych garniturów i sukienek, no i oczywiście do poniżania każdego, kto znajduje się w korpohierarchii choćby odrobinę niżej (nie mam zresztą nic przeciwko takiemu zachowaniu, ale mogliby to robić odrobinę zabawniej). Większość odcinków to po prostu długie pochody tryumfującego Harvey’a Spectera (Gabriel Macht), jednego ze wspólników firmy, który nieustannie podkreśla jaki to jest inteligentny, przystojny, męski, stylowy i bogaty. No nie da się na to patrzeć, zwłaszcza, że facet ma obłąkańczy uśmiech Jokera (czyżby celowy zabieg chirurgiczny?). W ślad za nim pomyka jego dzielny mały towarzysz Mike Ross (Patric J. Abrams), chłopak o wyglądzie przestraszonego nastolatka, nie posiadający studiów, ale za to dysponujący fotograficzna pamięcią. I tak to się toczy gra między megalomanem a cudownym dzieckiem, która widzom nudzi się bardzo szybko.

Jeszcze nudniejsze są wszystkie prawnicze zawiłości towarzyszące każdej sprawie, jaką zajmują się panowie. Wszystko jest tak zagmatwane, ze mój mały umysł nie ogarnia. Może to wina mojego niezbyt wysokiego ilorazu inteligencji, a może po prostu scenarzyści chcą tak bardzo zaskoczyć widzów, że sami się gubią w tych zawiłościach. Poważnie, w niektórych momentach sprawy tak szybko i radykalnie zmieniają swój bieg, ze sami aktorzy wypowiadając kolejne kwestie wyglądają na prawdziwie zadziwionych tym co się dzieje.

Są na szczęście w Suitsach dwie postaci, dla których warto obejrzeć choćby kilka pierwszych odcinków. Pierwsza z nich to szefowa wszystkich szefów, Jessica Pearson grana przez Ginę Torres. Ta wręcz karykaturalnie władcza kobieta alfa jest naprawdę niesamowita. Nie dość, że diabelnie inteligentna i przebiegła (co podobnie jak Harvey ciągle podkreśla) to jeszcze posągowo piękna i przewyższająca wszystkich wzrostem o głowę, co dodatkowo podkreśla jej status. Miło dla odmiany popatrzeć jak nie podstarzały mężczyzna, a piękna i doświadczona królowa pszczół owija sobie wszystkich woków palca i to z niezaprzeczalna gracją.

Luis-Litt
Louis Litt

Druga interesującą postacią jest Louis Litt (Rick Hoffman). Człowiek zna się na prawie lepiej niż wszyscy w firmie, a w sądzie jest niezwyciężony, jednak z powodu kompleksów prawdopodobnie nigdy nie będzie na szczycie łańcucha pokarmowego, o czym jednak nie przestaje marzyć. Jego poczucie niższości sprawia, że jest bezwzględny, przebiegły i wredny. Niestety z jego knowań zwykle niewiele wychodzi. Jest wymarzonym czarnym charakterem z gatunku tych, co to widzowie kochają ich nienawidzić. Na początku można poczuć do niego prawdziwą odrazę. Ta twarz jest pewnego rodzaju szokiem estetycznym, upodabniającym prawnika do wściekłego gryzonia. Naprawdę trudno to opisać, więc zobaczcie sami.

Chyba niezbyt dobrze świadczy o serialu fakt, że można go polecić jedynie w celu popatrzenia sobie na wyjątkowo piękna kobietę i szczególnie brzydkiego mężczyznę. Co zrobić, skoro reszta to irytująca i nudna papka?

2 myśli na temat “Suits (W garniturach)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *