Bleed for This

Choć ten film obejrzałam już kilka tygodni temu, do dziś nie mogę wyrzucić go z pamięci. Nie poraża epickim rozmachem, nie jest widowiskowy i raczej nie zapamiętacie jego ścieżki dźwiękowej. Jest to jednak jeden z najbardziej przejmujących filmów o sporcie, jakie widziałam i Was też zachęcam do jego obejrzenia. Bleed for This to opowieść oparta na faktach. Jej głównym bohaterem jest Vinny Pazienza, światowy mistrz boksu, który zasłynął najbardziej spektakularnym powrotem na ring ever. Zapewniam, że patrząc na jego dokonania, poczujecie się malutcy i zawstydzeni swoją gnuśnością, ale też tak mocno jak nigdy uwierzycie w to, że amerykański sen się spełnia. Oto jedyna w swoim rodzaju historia od kaleki do mistrza świata.

Taki szary, smutny człowiek

Szary i smutny jest tu nie tylko Vinny (Miles Teller), ale i cały jego świat. Choć całkiem dobrze radzi sobie w boksowaniu, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie jest ani wyjątkowo bystry, ani nawet rozmowny czy charyzmatyczny. Charakter też ma nieciekawy, film rozpoczyna bowiem scena ukazująca jak w ostatniej chwili zrzuca wagę do ważenia przed walką, a potem baluje całą noc w kasynie. No nie grzeszy dyscypliną czy samozaparciem. Potem dowiemy się, że zrzucanie wagi to stały patent, na który nalegał ojciec, a hazard to ulubiona rozrywka naszego krezusa, który wciąż mieszka ze swoją (wielodzietną, jak na Włochów przystało) rodziną w małym ciasnym domku. Taki to z niego zwyczajny szary człowiek, ale jedno ma niezwyczajne, a mianowicie przekonanie, że boks jest jego powołaniem. Nie wiadomo skąd mu się to wzięło, bo często wierzy nawet wbrew wszystkiemu, ale jest pewien, że drzemie w nim bokserski mistrz i jest gotów to udowodnić.

Moment nawiązania współpracy z trenerem Kevinem Rooneyem (Aaron Eckhart w bardzo niepochlebnej charakteryzacji) jest dla niego przełomowy. Rooney wprowadza nowe techniki treningu i zachęca sportowca do przytycia tak, by przeskoczyć dwie kategorie wagowe. Okazuje się to słusznym posunięciem, Vinny wygrywa i łapie wiatr w żagle, i właśnie wtedy dochodzi do tragedii. W wypadku drogowym Pazienza niemal traci życie. Jest tak zmasakrowany, że aż dziw bierze, że przeżył. Bokser ma złamany kręgosłup w odcinku szyjnym, tak, że lekarze nie są nawet w stanie powiedzieć czy kiedykolwiek będzie chodził. No i co w takiej sytuacji robi nasz dzielny młodzian? Postanawia, że wróci na ring. To, w jaki sposób wprowadzi swoje postanowienie w życie sprawi, że sami nieraz poczujecie ból w szyi i ciężar na barkach.

I ain’t done yet. I got more in me.

Nie ma co ściemniać, wszyscy byśmy się zapewne poddali w tym momencie. Zapewne każdy z nas, słysząc, że jest z nami tak źle, dziękowałby Bogu za to, że jest szansa na chodzenie, a tu taki niewdzięczny gówniarz mówi, że to za mało, że ma w sobie więcej, jeszcze nie skończył z boksem i na pewno zawalczy o tytuł. Już samo to każe wątpić w jego poczytalność, a już sposób, w jaki się wykurował, ociera się o szaleństwo. Ten chłopak ma życzenie śmierci wypisane na twarzy. Zamiast standardowej procedury leczniczej, decyduje się na ryzykowne zamontowanie specjalnej konstrukcji, żelaznej obręczy przypominającej aureolę, która ma odciążyć szyję i zapewnić zrastanie się kręgów. Problemy z tym rozwiązaniem są dwa: po pierwsze, obręcz jest montowana na wkrętach umieszczonych w czaszce (ból!), a po drugie, trzeba z tym chodzić przez kilka miesięcy, co do najłatwiejszych nie należy. On to jednak robi, a do tego jeszcze trenuje po kryjomu.

Gdyby nie była to historia oparta na faktach, z którymi każdy może się zapoznać przed seansem, tak bym się nad tym nie rozwodziła. Nie jest to w moim odczuciu spojlerowanie, bo jednak bez tych faktów nie zrozumie się o czym to film. To nie jest opowieść o sporcie w tym stopniu co Rocky. Sceny z ringu nie są, łagodnie rzecz ujmując, dopracowane czy emocjonujące. Bohater nie jest charyzmatyczny, nie zakochuje się na zabój, nie walczy na ringu o życie. To opowieść o kimś, kto ma tylko silną wolę, żyje nią i oddycha, robiąc z niej wszechmocne narzędzie.

Ta jedna scena

Bleed for This nie jest może filmem oskarowym, choć rola Tellera warta jest uwagi krytyki. Zwyczajnie jego bohater, do którego aktor upodobnił się jak tylko się dało, nie jest na tyle sympatyczny czy mogący służyć za wzór dla mas, by jego historia dostała złotą statuetkę. To, że dialogi nie powalają, a całość wypada lekko depresyjnie, kładę na karb tego, że zwyczajnie wiernie trzymano się prawdziwej historii Pazienzy. Nic to jednak, bo jest tu ta jedna wspaniała scena. Chodzi mi o moment, w którym Vinny, siedzący w swoim stelażu jak w klatce, schodzi do piwnicy i zaczyna trenować. Kładzie się na ławeczce (z tą aureolą!) i próbuje podnieść sztangę. W sytuacji, w której każdy nieprzemyślany ruch może go kosztować życie, on decyduje się na walkę z tą kupą żelastwa, a wszystko to by zrealizować powołanie, którego zew czuje w sercu. Szczególnie poruszający jest ten moment schylania się tak, by nie uderzyć zdrowotnym stelażem w sztangę. Nie można na to patrzeć spokojnie i chyba każdego ta scena zaboli. Jednocześnie jest też to ten najważniejszy moment, chwila triumfu ducha nad materią, pokaz siły niezłomnej woli, przy którym Sylvester Stallone biegający w szarym dresiku po schodach to jakiś wesoły przedszkolak.

Historia Vinny’ego Pazienzy zrobiła na mnie wielkie wrażenie, choć zasiadłam do oglądania nie wiedząc niczego o tym bokserze. Włoski typ z nietwarzowym wąsikiem dołączył do mojej prywatnej galerii życiowych coachów za sprawą tej niezłomnej woli i żelaznej konsekwencji w działaniu. W moim przekonaniu nikt nie jest tak godny podziwu jak człowiek, który wie kim jest, jakie jest jego życiowe powołanie i który jest gotowy na wszystko by osiągnąć zamierzony cel.

Whatever it takes w jego wydaniu nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *