Złodziejka książek

Złodziejka książek to bardzo słaba ekranizacja takiej sobie powieści, więc jeśli jesteście fanami jednego lub drugiego, to lepiej dalej nie czytajcie. Moim skromnym zdaniem takie jak to filmiszcza podobać się mogą tylko albo bardzo niewyrobionym czytelnikom, albo bardzo młodym widzom, którzy w kinie szukają głównie łatwych wzruszeń, uniwersalnych prawd i pokrzepiających złotych myśli. Reszcie szczerze odradzam ten morderczo nudny długi seans. Zapewniam, że ten dramat wojenny to niewart ceny biletu sentymentalny gniot, który w dodatku może was naprawdę zirytować, ponieważ po raz kolejny pokazuje się tu jak to sami Niemcy strasznie się namęczyli i nacierpieli w czasie II wojny światowej. Nie dość, że na niemieckiej prowincji było zimno i głodno, to w dodatku nieszczęśni obywatele III Rzeszy mieli utrudniony dostęp do dobrej literatury. No normalnie skandal! Jestem pewna, że szczególnie polscy widzowie będą intensywnie współczuć bohaterom.

Jak sam tytuł wskazuje, Złodziejka książek ma żeńskiego bohatera łaszącego się na książki nie będące jej własnością. Mała Liesel (grana przez bardzo wyrośniętą jak na filmowe realia Sophie Nelisse) jest sierotą adoptowaną przez małżeństwo Hubermannów. Rose Hubermann (Emily Watson) to taka złośnica o złotym sercu, ale za to tatuś Hans (Geoffrey Rush) to idealny opiekun dla skrzywdzonej przez los analfabetki. Dzięki jego pomocy, mała Liesel szybko nadrabia braki w edukacji i uczy się znajdować pokrzepienie i ucieczkę od złej rzeczywistości w klasyce literatury. W międzyczasie dziewczynka zaprzyjaźnia się z rówieśnikiem, co pozwala jej na zachowanie pozorów normalnego dzieciństwa, oraz zbliża się do ukrywanego przez Hubermannów w piwnicy młodego żyda (no oczywiście, że musiał się pojawić żyd w piwnicy!). Wszystko jest oczywiście opowiedziane niby przez samą Śmierć (a właściwie samego Śmierć), który szczególnie upodobał sobie sierotę, przez co wojenną traumę widzimy głównie oczami dziecka. Widok stosów palonych książek czy też bombardowań, okraszony jest za każdym razem naiwnym dziecięcym komentarzem, co zapewne ma nas poruszyć i wzruszyć. Niewinne dzieciaki-pisklaki kontra okropieństwa wojny. No jakoś w tym wypadku to wyjątkowo nie działa (może inni widzowie wykażą się większą wyrozumiałością i wrażliwością niż ja).

Poza oczywistą ckliwością najbardziej drażniła mnie za stara odtwórczyni głównej roli. Nie mogę się jakoś skupić gdy małe dziewczątko gra nastoletnia pannica, w dodatku średnio uzdolniona aktorsko i mało urodziwa. Sorry, ale jak mam przez bite dwie godziny patrzeć się na dziecko, to wolałabym, żeby to było ładne dziecko, które ma choć odrobinę uroku czy talentu.

Złodziejka książek to film, którego jedyną wartością zdają się być jego wartości dydaktyczne i nie chodzi mi o nauczanie historii, bo z tym akurat jest średnio. Chodzi mi o promocję czytelnictwa. Może zamiast wbijać młodzieży w szkole, że czytanie jest ważne, można by im puszczać Złodziejkę… jako film szkoleniowy (,,Jakie walory praktyczne ma słowo drukowane?”). Chociaż chyba nawet uczniowie zasługują na coś lepszego niż ten gniot. Jakoś sobie nie wyobrażam by ktokolwiek mógł się z główną bohaterką w jakimkolwiek stopniu utożsamić. Po takim na przykład Lektorze miałam przemożną ochotę rzucić się na literackich klasyków (szczególnie na Homera) i pochłonąć kilka tomów od deski do deski. O! I Dziewiąte wrota też tak działają. A taka Złodziejka książek o kartoflanej główce tylko może wszystko zbrzydzić.

Poza literaturą powinna nas tu poruszyć sama wojna, a raczej nowatorskie spojrzenie na nią. Niestety, poza tym, że Niemcy też mieli ciężko, niczego ciekawego się nie dowiadujemy. Nie sądziłam, że to powiem, ale przy Złodziejce książek nieszczęsny Biegnij, chłopcze, biegnij prezentuje bardzo przyzwoicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *