Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta autorstwa Davida Mitchella

Odkąd przeczytałam o tej książce na moim ulubionym literackim blogu Miasto Książek, zaczęłam odkładać fundusze na zakup tej powieści, no i w zeszłym tygodniu w końcu się udało (Tysiąc jesieni kosztuje tyle co 3 obiady). Właściwie nie trzeba było mnie za bardzo zachęcać. Wystarczy wspomnieć, że coś dzieje się w Japonii, a ja to z pewnością przeczytam (wstyd się przyznać, ale nawet Wyznania gejszy mi się podobały). Największym komplementem, na jaki mogę się zdobyć na temat tej książki jest to, że z pewnością gdyby była lekturą szkolną, nikt by jej nie czytał. Mam nadzieję, że zachęciłam w ten sposób czytelników, którzy lubią być porwani do zamkniętego uniwersum z przeszłości, w którym egzotyka miesza się z filozofią i mistyką, a każda scena, każde słowo ma idealnie dobrane miejsce i głębokie znaczenie. Ten zaskakujący epos, który z pewnością przyniesie autorowi sławę większą niż poprzedni Atlas chmur, jest (może tylko w mojej wyobraźni) spokrewniony z naszą polską Lalką, czyli powieścią zbyt inteligentną, złożoną i tajemniczą, by czytały ją niewprawne nastolatki w szkolnych ławkach.

By nie psuć nikomu przyjemności z niespodzianek, jakie czekają tu na czytelnika na każdym kroku, zdradzę tylko zarys fabuły. Pierwsza część powieści rozpoczyna się pod koniec XVIII wieku, kiedy to do wybrzeży Japonii przybywa holenderski kancelista, młody Jacob de Zoet. Ma on przez pięć lat pracować na sztucznej wyspie Dejimie, która jest jedynym oknem na świat Japonii, kontrolowanym przez Holendrów. Jacob ma tu pracować, by dorobić się fortuny, która po powrocie do domu zapewni mu rękę pewnej pięknej Anny. Jak się łatwo domyśleć, po sporych rozmiarach powieści, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Na drodze rudowłosego gryzipiórka staje potężny i groźny opat Enomoto, a także urocza i wybitnie inteligentna akuszerka Aibagawa oraz tłumacz Uzaemon. Do tego nieszczęsny Jacob musi na co dzień obcować z bandą prostackich intrygantów, jakimi szybko okazują się praktycznie wszyscy pracownicy holenderskiej kompanii handlowej. Może nie byłoby to jeszcze takie straszne, gdyby nie fakt iż sztuczna wyspa, której nie wolno obcokrajowcom opuszczać, ma wymiary 80 kroków na 200 kroków. Wyobrażacie to sobie?

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta ma to wszystko, co cenię w dobrych książkach, czyli wartką i intrygującą akcję, fabułę pokazującą zarówno szerszy obraz (spotkanie różnych kultur), jak i historyczne drobiazgi z życia codziennego, a przede wszystkim są tu realistycznie opisane postaci, które naprawdę ożywają w umysłach czytelników. Zabierając się za lekturę, koniecznie zarezerwujcie sobie kilka wolnych dni, bo świat Dejimy tak wciąga, że nie będziecie chcieli go opuścić aż do ostatniej strony. Moim zdaniem autor, który potrafi tak doskonale wcielić w życie swoją wizję świta, którego przecież nigdy nie oglądał, godzien jest największych pochwał. Nie ważne czy opisuje życie ludzi na sztucznej handlowej wyspie, w japońskich górach, w XVIII-wiecznej Holandii, czy też codzienne prace na różnej wielkości statkach – za każdym razem dostajemy pierwszorzędne doświadczenie, od którego lepsza byłaby tylko prawdziwa obecność w tych miejscach. Świat stworzony przez Mitchella nie jest tylko egzotycznym rajem (bo to by było nudne), ale znacznie częściej sprawia wrażenie prawdziwego piekła dla swych mieszkańców. Czuć tu smród ekskrementów, ból ciała nadgryzanego przez rozmaite owady i torturowanego przez liczne choroby, a przede wszystkim wszystko lepi się wprost od brudu i nędzy, co przydaje tej fantastycznej w końcu powieści dziwnego realizmu. To dzięki tej ,,zmysłowej prawdziwości” możemy wejść w umysły wszystkich postaci, współczuć im lub ich nienawidzić.

W tej książce czuć jak autor doskonale panuje nad duchem opowieści, czuć tu świadomość opisywania jednocześnie momentu przełomowego i sytuacji uniwersalnych i archetypicznych. A już pracowitość i cierpliwość z jaką odtworzył Mitchell utracony świat XVIII i XIX-wiecznej żeglugi, powinny budzić wielki podziw i wdzięczność, nawet wśród tych czytelników, którzy byli już lekko znudzeni wielkimi rozmiarami i pedantyczną dokładnością co niektórych opisów. Kiedyś będzie z tego świetny film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *