Popstar: Never Stop Never Stopping

Przekomiczne trio z Saturday Night Live, czyli panowie z The Lonely Island, stworzyli mockument, który prawdopodobnie nie trafi do polskich kin, ale wart jest obejrzenia. Szczególnie polecam go osobom intensywnie śledzącym współczesną scenę muzyczną, której to ta dziwna komedia jest poświęcona. Zresztą każdy, przy odrobinie dobrej woli i sporej tolerancji na sprośne żarty, może się przy oglądaniu Popstar ubawić. Jest to zwariowana satyra z amerykańskiego showbiznesu promującego pop/rap wydmuszki o dziwacznych pseudonimach, a także uszczypliwa parodia z gwiazdek, kręcących ,,poważne” dokumenty ze swych ,,wiekopomnych” tras koncertowych.

Chłopcy stylowi i bardzo zdolni

Gwiazdor o pseudonimie Conner4Real (Andy Samberg) to piosenkarz sprawiający wrażenie lekko upośledzonego narcyza. Każdy moment z życia filmuje i publikuje w sieci, jego koncerty to coraz bardziej barokowe widowiska bez głębszej treści, a otaczający go ludzie to żądni kasy bezwstydni pochlebcy. Niestety, po opuszczeniu boysbandu The Style Boyz Conner odniósł niesamowity sukces solową płytą, jednak kolejne dzieło już nie cieszy się aż taką popularnością. Widzowie tego prześmiewczego dokumentu mogą obserwować gwiazdora na szczycie, który właśnie stacza się w celebrycki niebyt. Piosenkarz podejmuje jedną złą decyzję za drugą, wygłupia się coraz bardziej, aż bańka pęka. Jedyne, co może zrobić by uratować swą podupadającą karierę, to wystąpić w starym składzie z The Style Boyz, tyle że wybujałe ego nie pozwala mu pogodzić się z dawnymi scenicznymi partnerami.

Popstar to przedsięwzięcie na naprawdę wielką skalę. Możemy wysłuchać kilku przebojów w wykonaniu głównego bohatera, a także posłuchać co mają o nim do powiedzenia najbardziej wpływowi ludzie w amerykańskim przemyśle muzycznym. Wystąpił tu chyba każdy artysta (a także komicy, a nawet Simon Cowell), który ma choćby odrobinę autoironii. Na ekranie zobaczyć możemy Justina Timberlake’a, Ushera, 50 Centa, Carrie Underwood, Ringo Starra (podpis: muzyk), Akona i wielu innych. Pomimo dość udanych prób zachowania całkowitej powagi, a nawet odrobiny dramatyzmu, widać, że towarzystwo bawi się znakomicie, bo to w końcu też film po części o nich. Dobrze, że muzycy potrafią śmiać się sami z siebie. Od razu człowiek pała do nich większą życzliwości. Tak, nawet do bardzo skromnej Mariah Carrey.

Kolorowe wydmuszki

W tej komedii pojawia się wiele celnych uwag na temat tego, co z showbiznesem jest nie tak, ale jeśli miałabym wszystko streścić, to sprowadzałoby się to do singla z drugiej płyty naszego gwiazdora. Sama płyta, mająca aż stu producentów i usiłująca się wstrzelić w gusta jak najszerszego grona odbiorców, to jakieś kuriozum, a promujący ją hit, opowiadający o tym, że bycie gejem jest ok, a hetero już mniej (lub coś w ten deseń) to szczyt głupoty. Pink rymuje w refrenie, tęcze są wszędzie, a chwytliwych fraz jest tyle, że praktycznie cały tekst piosenki składa się tylko z dobrze przemyślanych a nic nie znaczących haseł. Trudno się nie śmiać z tego bełkotu, a jednak nie jest on znowu tak bardzo różny od tego, co puszczają obecnie komercyjne stacje radiowe i o to chodzi.

Conner4Real to totalnie przerysowany pajac (taki Borat sceny muzycznej), ale ma w sobie coś z Biebera czy Kanye Westa (nie bez powodu ich tutaj zabrakło). Temu człowiekowi przekonanie o własnej wspaniałości i chęć zysku przyćmiły zdrowy rozsądek do tego stopnia, że decyduje się na kontrakt z producentem lodówek, z których mają dobiegać skomponowane przez niego hity. No absurd, ale czy nie takim samym absurdem jest to, że już całkiem prawdziwe gwiazdy reklamują napoje gazowane, kosmetyki czy buty sportowe. Jak to się ma do muzyki?:)

Popstar w aż nazbyt wyrazisty sposób pokazuje z jednej strony pułapki czekające na młodych artystów w świecie muzycznego biznesu, a z drugiej daje nam pewne wyobrażenie o tym, jak wygląda promocja totalnych wydmuszek, ludzi pozbawionych nie tylko talentu, ale i osobowości, którzy trafiają w ciągu kilku tygodniu na okładki czasopism dla nastolatek.

Zanim zasiądziecie do oglądania, muszę was jeszcze przed czymś ostrzec. Chodzi mianowicie o prezentowane w filmie głupawe przeboje, które wgryzają się w mózg niczym kościelne klasyki wyuczone w dzieciństwie i nie chcą opuścić pamięci widzów przez wiele dni. Sama padłam ofiarą tego dziwnego fenomenu, bo od piątku brzmi mi w głowie piosenka Connera o Monie Lisie. Wraz z żartami z penisów i śmierci żółwia, ten utwór był chyba najbardziej żenującą rzeczą jaką w tym filmie zobaczyłam, a jednak w żaden sposób nie chce mnie opuścić. Kto wie, może grana przez Andy’ego Samberga postać zrobi wielką karierę jako osobny medialny byt Conner4Real. Nie byłabym zapewne jedyną osobą, która kupiłaby jego płytę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *