Ogród cieni Virginii C. Andrews

Zastanawiam się czy pamiętacie film Kwiaty na poddaszu. Ta historia to istna zmora mojego dzieciństwa, która wbiła się nieodwracalnie pod powierzchnię pamięci i pewno zostanie tam na zawsze. Tych, którzy nie oglądali, informuję, że była to uwspółcześniona wersja baśni o złej macosze/matce, która więzi czwórkę swoich dzieci na poddaszu rodzinnego domu. Maluchy przeszkadzają jej bardzo w ułożeniu sobie na nowo życia (jej pierwszy mąż, który był także jej wujem, a tak naprawdę przyrodnim bratem; wiem, absurd) nie żyje, a piękna bidulka chce sobie złowić nowego bogacza. Dzieci z poprzedniego małżeństwa tkwią zatem na smętnym poddaszu, systematycznie podtruwane i bacznie strzeżone przez matkę i ,,babkę”. Dla wszystkich byłoby lepiej jakby sobie cicho umarły, ale uparciuchy jakoś nie chcą. No i to tyle. Kicz totalny i masakra z cyklu ,,paprochy życia” ale jak się to ogląda będąc małym, naprawdę przeraża (z niewiadomych przyczyn miks klimatów Dynastii z Harbią Kaczullą tak działa na wyobraźnię małych ludzi). Rozumiem zatem dlaczego Ogród cieni, opowiadający losy tej samej rodziny co w Kwiatach na poddaszu, cieszy się takim powodzeniem. Po prostu dorośli już teraz czytelnicy, podobnie jak ja, leczą traumy z dzieciństwa spowodowane widokiem dziwnych kar cielesnych i zatrutych racuchów (te racuchy szczególnie zapadają w pamięć). Po skończonej lekturze musiałam jednak stwierdzić, że nic poza dziecięcą ciekawością, nie usprawiedliwia pisania ani czytania, aż tak złej literatury. Całe życie unikałam tanich romansideł z różową okładką, a to mnie i tak podstępnie dopadło.

Virginia C. Andrews Ogrodem cieni kończy przewrotnie sagę rodziny Foxworthów. Przewrotnie, ponieważ jest to właściwie chronologiczny początek gotyckiego rodzinnego koszmaru (oraz bardzo złej literatury). Umiejscowiona w przedwojennej rzeczywistości akcja pokazuje przyczyny rodzinnej klątwy sprawiającej, że na nieszczęsnych bogaczy spada wręcz absurdalna ilość nieprawdopodobnych nieszczęść. Powieść pisana jest w formie pośmiertnego wyznania Olivii Winfield Foxworth (czyli tego okrutnego potwora o twarzy buldoga z Kwiatów na poddaszu). Olivia jest niezbyt urodziwą kobietą, której dość późno udało się złapać męża, w dodatku jej wybór okazał się szalenie pechowy. Przystojny niczym model i bajecznie bogaty Malcolm, już zaraz po ślubie pokazał oblicze okrutnego, sknerowatego tyrana, opętanego szaloną miłością do utraconej matki. Brzydka i nieszczęśliwa Olivia może tylko rodzić mu dzieci i zarządzać domem, choć i to okazuje się porażką (szczególnie w kwestii zarządzania opuszczonymi pomieszczeniami na strychu; a mogła komuś podnająć). Ujście swoich frustracji młoda kobieta znajduje w złorzeczeniu wszystkim pięknym i szczęśliwym osobnikom, znajdującym się w jej otoczeniu, co w końcu owocuje niesłychaną liczbą zgonów, gwałtów i kazirodczych stosunków. Fascynujące to i odrzucające zarazem, ale przede wszystkim niesamowicie śmieszne. Staromodny język, nieprawdopodobna psychologia postaci, sposób w jaki akcja zwalnia i przyspiesza, a przede wszystkim tanie tanie chwyty mające wzbudzić zaciekawienie i grozę wśród czytelniczek (jakoś nie widzę by panowie się do tej lektury garnęli, ale statystycznie do żadnej się przecież nie garną), sprawiają, że jest to naprawdę zabawna lektura.

Ogród cieni to tego rodzaju bezwartościowa makulatura, która bardzo źle znosi upływ czasu, ale przyznam, że gdybym teraz chciała napisać coś, co będzie się świetnie sprzedawać, to zapewne napisałabym coś podobnego. W końcu główny ciężar czytelnictwa w naszym kraju spoczywa na ramionach kobiet w średnim wieku, pochłaniających na wyścigi produkcje pań Kalicińskiej, Grocholi czy Szwai. Zatem paniom rozmiłowanym w lekkich i pokrzepiających opowiastkach obyczajowych, które czyta się jednym tchem, zaproponowałabym parodystyczna historię podkręconą dużą dawką seksu i makabry, no i byłby hit. Chociaż z drugiej strony, chyba moje skromne zdolności nie wystarczyłyby do wykreowania świata tak pełnego kazirodczych zbliżeń i sadystycznych gierek psychologicznych, które byłyby jednocześnie tak śmieszne w opisie. Normalnie aż strach, że podobnie jak Kwiaty na poddaszu, ktoś mógłby i to dzieło sfilmować. Ten cały przepych wielkiej rezydencji, melodramatyczne dialogi, te peniuary, klejnoty i służba. To łoże w kształcie wielkiego łabędzia! To by dopiero było kiczowate widowisko, przy którym Wielki Gatsby mógłby się schować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *