Emily w Paryżu – tak głupia, że aż urocza

Jeśli ktoś poważnie traktuje podobne produkcje, to rzeczywiście, można się bardzo zdziwić, a nawet oburzyć. Naiwność głównej bohaterki sięga tu wręcz baśniowych szczytów, wszystko jest maksymalnie uproszczone i przerysowane, a sam Paryż wygląda ślicznie niczym Disneyland. Nie dziwię się wcale, że kolejny scenariusz Darrena Stara spotkał się z aż tak wielką falą krytyki, ale ja się do niej nie przyłączę, bo mnie się naprawdę podobało. W przeciwieństwie do wielu prawdziwych recenzentów, ja nie mam żadnych ambicji intelektualnych i nie sposób mnie obrazić nawet czymś aż tak nieszanującym widza. Zresztą, ta dziwna hybryda Seksu w wielkim mieście i Diabeł ubiera się u Prady to dla mnie czysta, odmóżdżająca, dziewczyńska rozrywka, do której pewno będę wracać. Gdy po ciężkim, nerwowym i pełnym fizycznego znoju dniu, opadam na godzinę na kanapie, chcę już tylko patrzeć na takie rzeczy – plastikowe, słoneczne, pogodne wizje, w których kolorowo ubrana anorektyczka z wielkim uśmiechem ma usłane różami życie w mieście miłości i świateł.

To nie jest nowy Seks w wielkim mieście

Jestem wielką fanką serialu z Sarą Jessicą Parker, widziałam go dziesiątki razy i (pomimo wielu słabych stron) uważam, że zrobił bardzo dużo dla propagowania feminizmu i licznych aspektów damskiej i męskiej seksualności. Emily w Paryżu nie robi nic dla żadnej sprawy i też spoko. Jest to oderwana od rzeczywistości, wręcz szalona wizja Stara, w której dwudziestokilkuletnia dziewczyna (Lily Collins), specjalistka od marketingu z Nowego Jorku, zostaje wydelegowana na rok do pracy w stolicy Francji. Nie znając języka ani nie posiadając żadnych informacji na temat realiów życia w Paryżu, spotyka się z niechęcią współpracowników, którym w co drugiej scenie musi wyjaśniać, że ,,przyjechała tu by wspomóc ich firmę PR w promowaniu klientów w social mediach i to w amerykańskim stylu”. Szefowa jej nienawidzi, koledzy z biura ciskają nieprzyjemne i sprośne żarciki, ale ona prze do przodu i każdy jej pomysł od razu okazuje się spektakularnym sukcesem. Dla kontrastu z życiem zawodowym, każdy Francuz, którego spotyka na ulicy, w restauracji czy w parku, okazuje się zaraz jej najlepszym przyjacielem. Nim widz się zorientuje, Emily ma już grono wielbicieli (jakieś dziwne śliskie typy), kilka najlepszych przyjaciółek i puchnące od serduszek konto na Instagramie. No bajka!

Jedynym momentem, w którym ten serial wykazuje jakieś ambicje, jest ten, w którym Emilka uznaje kampanię reklamową, opartą na spacerującej mostem gołej modelce, za seksistowską, co rozpętuje ,,wielką” dyskusję w social mediach. Nie jest to ani przez chwilę przekonujące, podobnie jak dylematy na temat kobiecej przyjaźni, niby powstrzymujące naszą bohaterkę przed romansem z przystojnym kucharzem. Z ducha Seksu w wielkim mieście mamy, co najwyżej, zachwyty młodej kobiety nad piękną metropolią oraz rzeszę mężczyzn przewijających się przez jej łóżku.

Paryż i paryżanie w krzywym zwierciadle

Wiele osób, szczególnie zdaje się Francuzi, jest oburzonych tym, w jaki sposób mieszkańcy miasta miłości zostali tu sportretowani. Mnóstwo tu złośliwych, leniwych, naburmuszonych typów, pełnych pogardy dla wszystkiego, co niefrancuskie. Szefowa Emily, Sylvie (Philippine Laroy-Beaulieu) to przerażający demon, mogący śmiało rywalizować z Mirandą z Diabeł ubiera się u Prady. Koledzy z pracy to jacyś dziwni erotomani, a praktycznie każdy klient to maniak seksualny czyhający na cnotliwą Amerykankę, by ta wreszcie pojęła istotę francuskiego romansu. Kelnerzy są chamscy, kwiaciarki kantują, a przechodnie wręcz olewają naszą Emilkę (dosłownie, bo w pisuarach na świeżym powietrzu). Do tego samo miasto, niby piękne, ale też pełne palaczy i psich kup, co jest nieustannie podkreślane, jakby twórcy serialu żadnych innych przywar Paryża nie byli w stanie zaobserwować. A wystarczyłoby wejść na dowolny wątek na forum, poświęcony wadom Francuzów, gdzie Polacy z wielką żarliwością wypisują, że to, co widzimy w serialu to jeszcze mało. W lenistwie, braku higieny, zarozumiałości i innych przywarach, mieszkańcy Francji nie mają sobie podobno równych na całym świecie, a Darren Star mocno ich tu oszczędził. Osobiście też nie mam nic miłego do powiedzenia o paryżanach, choć mam na koncie tylko jedną, za to dzięki nim dość przykrą, wycieczkę do Paryża. Samo miasto także, moim zdaniem, zostało mocno upiększone w serialu. No, ale łażące po trawnikach szczury, rzeka śmieci na chodnikach, smród w toaletach i bezdomni pod każdym wiaduktem, jakoś chyba nie pasują do lukrowanej wizji, jaką chciano rozerwać wyobraźnię widzów. Mnie osobiście bardzo bawiło to, jak mocno obraz z rzeczywistości, rozjechał się z tym ekranowym.

Potęga social mediów

Z braku czasu i możliwości, moją główną rozrywką przez ostatnie lata jest śledzenie kariery influencerów z Instagrama i YT. Choć często pokazują miałkie, nic nieznaczące treści, to jednak trzeba przyznać, że nie ma ciężej pracujących ludzi od nich. Jeśli ktoś chce odnieść sukces w branży, musi zakasać rękawy i poświęcić wszystko swojej pasji, a i tak nie ma gwarancji, że go pokochają miliony, tak by się działalność opłacała. Już łatwiej zostać lekarzem, niż przez lata, dzień w dzień wymyślać kontent, pokazywać siebie i rodzinę, montować śliczne filmiki w jakości przewyższającej reklamy w tv, czy robić zdjęcia jak na profesjonalnej sesji u fotografa. Tymczasem nasza Emilka pstryka od niechcenia najbardziej sztampowe fotki i od razu zostaje wpływową influencerką, którą obserwuje nawet prezydentowa. No dajcież spokój!

Jakby nie było, ogląda się to miło. Od razu człowiek czuje, że jakby tylko chciał, też może wszystko. Wystarczy tylko amerykański tupet i dobra lokalizacja. A tak w ogóle, to nie rozumiem dlaczego akurat Francuzi czują się tym serialem obrażeni. To obywatele USA, ci mówiący za głośno, prostaccy ignoranci nie zdolni do przyswojenia innego języka niż ojczysty, powinni na poważnie zbojkotować Emilkę w Paryżu :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *