Io, czyli najnudniejsza postapokaliptyczna wizja ever

Mówię poważnie. Przy tym dziele, taki na przykład film jak Jestem legendą urasta do rangi skończonego arcydzieła. Gwarantuję wam, że będziecie w trakcie seansu ziewać ze znużenia, że wyda wam się jakoby czas był z gumy i rozciągał się na wiele godzin, a nawet dni, podczas gdy będziecie poddawani torturze wysłuchiwania kolejnych nudnych, martwych, nic nie wnoszących dialogów. Jeszcze nigdy Netflix nie wyprodukował czegoś tak męczącego, co mnie dziwi, bo temat bardzo ciekawy i na czasie (zanieczyszczenie powietrza, globalne ocieplenie), aktorstwo też dobre, no i do tego prawdziwe wabiący trailer obiecujący ogromne atrakcje. Nie dajcie się jednak zwieźć! Wieje nudą i tyle. 

Planeta się broni

Jesteśmy w nieodległej przyszłości, w której to na skutek tajemniczego zatrucia powietrza, ludzkości praktycznie już nie ma na Ziemi. Wiele wskazuje na to, że nie ma jednej przyczyny, że to po prostu planeta, niezdolna udźwignąć tego, co ludzie jej zgotowali, zaczęła stawiać opór i to bardzo skutecznie. Ci, którzy nie padli martwi w oparach toksycznej mgły, zdezerterowali na Io, trzeci co do wielkości księżyc Jowisza, gdzie powstała stacja kosmiczna, będąca swoistą arką dla rodzaju ludzkiego. Ale nie wszyscy postanowili się szybko ewakuować. Nieliczne jednostki, przekonane przez ekscentrycznego profesora Henry’ego Waldena (Danny Huston) do tego, że Ziemię można jeszcze uratować, że da się odtworzyć na niej życie, zostali, ale niewiele im z tego przyszło niestety. Io to opowieść właśnie o ostatnich z nich. 

Śledzimy losy córki Waldena, pięknej młodej kobiety o imieniu Sam (Margaret Qualley). Pełniąc funkcję naukowej asystentki swojego ojca, tkwi samotnie w górzystej stacji badawczej gdzie między innymi uprawia warzywa i eksperymentuje na własnej skórze. Czasem zdarza się jej także zjechać do miasta, ale tylko z odpowiednim sprzętem i koniecznie z maską tlenową, gdyż tam powietrze jest toksyczne i zabija w mgnieniu oka. Kolejną z jej niewielu atrakcji jest pisanie do ukochanego Elona, który przebywa na Io i namawia Sam by jak najszybciej do niego dołączyła. Oprócz tych maili (dziwne, że zachowała się komunikacja międzyplanetarna), jedynym kontaktem z innym człowiekiem jaki miewa Sam są nagrania z wystąpieniami jej ojca, tajemniczo nieobecnego w stacji badawczej. 

I oto niespodziewanie z nieba spada na nią ciekawe towarzystwo. Do górskiej samotni Sam przylatuje balonem (balonem!) mężczyzna o imieniu Micah (Anthony Mackie). Jak na ostatnich ludzi na ziemi, łączy ich wyjątkowy brak chemii, a wręcz wyczuwalna niechęć. Przyczyną tego mogą być tajemnice, które oboje skrywają. Nagle problemy przetrwania, dosłownie zagadnienia życia i śmierci, jakoś odchodzą w zapomnienie gdy Micah zaczyna dociekać co się stało z resztą rodziny Sam, po czym uporczywie ją namawia by jednak zdecydowała się wraz z nim na ucieczkę balonem z zatrutej planety i podróż na Io. 

Leda i łabędź

Jak już zapewne wiecie, uwielbiam mitologiczne odniesienia niemal w każdym rodzaju tekstów kultury. Wyjątkiem niestety są na przykład takie filmy jak ten, gdzie wplatanie ich na siłę nie ma zupełnie sensu. O czym mówię konkretnie? A no o fascynacji Sam wystawą malarską, którą bardzo chce zobaczyć, a która traktuje o współczesnych wersjach mitologii. Szczególnie ciekawi ją Leda i łabędź, których z dziwnym zainteresowaniem ogląda w albumie poświęconym wystawie. Tym samym podejrzewam, że twórcy filmu próbują nam powiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, że sama Sam jest trochę taką Ledą (można się zatem domyśleć jak potoczą się jej relacje z przybyłym z niebios czarnym łabędziem Micah), a po drugie, że na Ziemi trzyma ją coś więcej niż strach przed nowym czy przyzwyczajenia, że to o ogromny dorobek kulturowy ludzkości może chodzić. Sam, wrażliwa na piękno i inteligentna dziewczyna rozumie, że lecąc w przestworza odcięłaby się od wszystkiego co piękne i dobre w wielowiekowej tradycji artystycznej ludzi. No bo szczerze, kto myśli o takich sprawach w obliczu totalnej zagłady? Już jakby jako banalne uzupełnienie jej pasji okazuje się, że jej nowy towarzysz miał być nauczycielem i że na sztuce i filozofii antycznej zna się bardzo dobrze i chętnie naucza. W sumie nie najgorszy kolega na ostatnie dni ludzkości na planecie, przyznacie sami. 

Wszystko to ładnie, pięknie, tyle że to, co najciekawsze, umyka widzom i tonie w bezbrzeżnej nudzie. Osobiście wolałabym się więcej dowiedzieć o eksperymentach, które przeprowadza Sam na pszczołach, o tym jak wygląda świat bez zwierząt i ludzi, jak uprawiać warzywa i owoce gdy nie ma zapylających owadów, jak poprawić jakość powietrza. Z ,,głębszych” tematów na pewno zaciekawiło by mnie to, co myśli młoda kobieta o tym, że jest odwróceniem Ewy, ostatnią ze swego gatunku. Czy przeraża ją to, co się dzieje dookoła? Czy myśli o końcu? Jaki sens temu wszystkiemu nadaje? 

Jeśli już nie dostajemy SF z prawdziwego zdarzenia (a trailer wyraźnie obiecywał coś takiego) to dobrze by było, żeby fabuła była choć odrobinę głębsza niż ta wydmuszka, wglądająca na bardzo niedofinansowaną. Szkoda znakomitego tematu, bo to w końcu scenariusz, który prawdopodobnie nas czeka (albo wybije nas smog, albo padniemy z głodu gdy zabraknie pszczół) no i ciekawego aktorstwa Margaret Qualley, której potencjału nie wykorzystano. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *