Gra Endera

Są takie książki, które najlepiej czytać będąc nastolatkiem. Należy do nich niestety Gra Endera Orsona Scotta Carda. Czytanie jej w późniejszym okresie jest jak najbardziej możliwe, ale ciągle ma się poczucie jakiś zgrzytów. Że to trochę zbyt naiwne, proste, tandetne i nie do mnie adresowane. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsza część historii Andrzeja Wiggina, jest książką wartą przeczytania. A być może 10 lat wcześniej napisałbym, że jest to lektura obowiązkowa.

Pomysł mimo wszystko jest ciekawy. Ziemia w przyszłości jest zagrożona inwazją robali z kosmosu (nazwani tak z powodu swoich kształtów). Jedyną szansą obrony przed nimi jest Międzynarodowa Flota (MF), o której sile stanowią… dzieci. Niby dowództwo jest dorosłe, ale tak naprawdę zajmuje się jedynie rekrutacją, logistyką, sprzętem i takimi tam pierdołami. Bo pokierować flotą musi zdolne dziecko.

Jest nim tytułowy Ender (Andrzej Wiggin), który urodził się w rodzinie polskiego imigranta i Mormonki. Jego wyjątkowość polega na tym, że rząd musiał wydać pozwolenie na poczęcie, ponieważ w tych czasach wolno mieć tylko dwójkę dzieci.

Kilkuletni Ender jedzie więc do kosmicznej szkoły, gdzie ciągle jest sprawdzany przez tajemniczych nauczycieli. Prowokują oni różne incydenty, żeby wiedzieć jak szkrab radzi sobie z agresją i nękaniem oraz stresem. Jest tu dużo o dorastaniu, dużo o byciu dzieckiem w środku, a na zewnątrz dorosłym. Cała historia wydaje się tylko pretekstem do tych rozważań, tęsknoty za normalnym, codziennym życiem. Choć muszę przyznać, że kolejne małe i duże zwycięstwa Andrzeja niezmiernie cieszą – jak zawsze, gdy spryt i rozum wygrywa z siłą fizyczną i głupotą.

W Grze Endera za dużo jest jednak opisów strategii bojowej, a za mało wizjonerskich opisów życia codziennego w przyszłości. Być może w 1985 roku, kiedy pan Card pisał, sterowanie gestami statkiem kosmicznym, lasery i w ogóle szkoła na orbicie Ziemi była tak mocno fantastyczna, że wystarczało. Dzisiaj mi jakoś nie wystarcza.

Archaiczne są również opisy zimnej wojny, która zastygła tylko w obliczu zagrożenia robali. Ale rozumiem, że to wtedy elektryzowało wszystkich. Zastanawia jednak, że w połowie lat 80 Układ warszawski wydawał się tak trwały, że miałby przetrwać kolejne 100 lat…

Wszystko jednak rekompensuje zakończenie i zagłębienie się w historię robali oraz prowadzona ciągle gdzieś w tle opowieść o życiu rodzeństwa Endera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *