El Camino: A Breaking Bad Movie

Jeśli ktoś nie jest wielkim fanem Breaking Bad, lub, nie daj Boże, nie kojarzy w ogóle serialu, to nie ma czego tu szukać. To nie jest osobna produkcja, ale praktycznie kolejny odcinek, będący częścią wielkiej całości i tylko jako taki się broni, bo jako film to raczej średnio. I tak jednak zachęcam gorąco do obejrzenia, bo to w końcu część uniwersum serialu, który przez niepokojąco liczną grupę widzów jest uważany za najlepszy w dziejach.

Pinkman kontra reszta świata

Akcja El Camino rozpoczyna się tam, gdzie skończył się BB, czyli zastrzeleniem Waltera i ucieczką z niewoli nieszczęsnego Jesse’ego. Nasz młody człowiek (choć aktor wcale już nie taki najmłodszy, bo Aaron Paul to już konkretny wiek średni) próbuje się odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości, nękany na zmianę poczuciem winy, tęsknotą za byłym partnerem, traumą po długim okresie przebywania w dole za kratami i torturach, a także ogromną rządzą zemsty. O tym, co go spotkało, dowiadujemy się z licznych retrospekcji. Mamy tu dwa plany czasowe, czyli to jak teraz Jesse próbuje przetrwać pościg i zdobyć pieniądze na rozpoczęcie nowego życia, oraz to, jak w głowie wyświetlają mu się kluczowe momenty nieodległej przeszłości, kiedy to w niewoli u paskudnego Todda musiał znosić niesamowicie przykre i okrutne traktowanie. Ogólnie nie jest to złe, a momentami nawet trzyma w napięciu, bo jednak nie wszyscy wrogowie zostali jeszcze pogrzebani, a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Nie jest to jednak stare dobre BB jakie pamiętamy, chyba z tej przyczyny, że najciekawszych postaci zabrakło, lub pojawiają się epizodycznie niestety.

Z bardziej pozytywnych aspektów, to trzeba przyznać, że całkiem przyjemnie patrzyło się na to, jak postać młodego kucharza się rozwinęła. Jesse nabrał charakteru, zmężniał i okrzepł nieco, a jego zachowanie nabrało znacznie więcej rozwagi niż to pokazywał w pierwszych sezonach serialu. Teraz to prawdziwy mistrz planowania, szczwany lis uników, a raz nawet zimnokrwisty rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu (by nie zagłębiać się w głębsze szczegóły i nie spojlerować). Refleks, odwaga i pewna ręka wraz z niesamowitą pomysłowością, dają mu szansę na pogodzenie się z przeszłością i ułożenie sobie jakoś spraw w nowej rzeczywistości, już bez Waltera w roli mentora.

Mogło być znacznie lepiej

No mogło, ale byłby to zupełnie inny film, osadzony w innych ramach czasowych. Dla mnie Jesse jest najsłabszym ogniwem machiny BB, za to nigdy nie mam dosyć oglądania tych najsilniejszych, czyli Mike’a i Gusa Fringa. Z chęcią obejrzałabym dowolną ilość filmów czy serialowych spin-offów z tymi panami. Choć mocno dojrzali wiekiem, niezbyt przyjaźni dla oka i, co tu dużo mówić, dość przerażający, to jednak oni, a nie Jesse, zasługują na więcej czasu na ekranie. Moim zdaniem nawet tego, co dostali w Better Call Saul, było jeszcze za mało. Osobiście jestem zafascynowana tym, w jaki sposób ci bohaterowie, podobnie jak Walter White, pokazali, że doświadczenie i inteligencja mogą zapewnić człowiekowi sukces we współczesnym świecie. Oczywiście, spora dawka bezwzględności i zimnej krwi nie zaszkodzi.

El Camino na szczęście trzyma poziom jeśli chodzi o estetykę i pomysłowość ukazywania poszczególnych kadrów. Widać, że wszystko zostało pod tym względem dokładnie przemyślane i dopięte na ostatni guzik. Za to jak nietypowym ujęciem, dziwnym zestawieniem czy nagłym zwrotem akcji, zwykła nudna historia zamienia się w coś nierealnego i fascynującego, pokochaliśmy w końcu serial za pierwszym razem. No i jest tu też coś bardzo pozytywnego, czego nie miał serial, a mianowicie cudowna nieobecność wiecznie niezadowolonej i jęczącej Skyler. Niestety, zamiast niej jest Todd Fat Damon, z czym trzeba się niestety pogodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *