LOVE

Z początku było bardzo zachęcająco bo przecież to Netflix więc wiadomo, że jest gwarancja przyzwoitego poziomu. Choć tytuł wskazujący na temat, o którym powiedziano już chyba wszystko, może kazać zastanowić się dwa razy, nim damy się wciągnąć w kolejną serię, ochoczo zignorowałam wszelkie ostrzeżenia i niestety szybko tego pożałowałam. Jeśli liczycie na kolejną uniwersalną i poruszającą opowieść o tym jak ona spotyka jego i po początkowych trudnościach wszystko znakomicie się układa to nic z tego. LOVE to bardziej historia z gatunku tych, po których ma się obrzydzenie do całego gatunku ludzkiego, a już do zakochanych w szczególności. Tak irytujących i mało śmiesznych kwestii, tak brzydkiego i mało zdolnego amanta i tak depresyjnych klimatów można ze świecą szukać i to nawet pośród bardzo alternatywnych produkcji. Gdyby miłość częściej wyglądała tak, jak w relacji Gusa i Mickey, gatunek ludzki szybko by wymarł.

Piękna i bestia o mizernej posturze

LOVE to opowieść o tym jak dziewczyna o paskudnym charakterze spotyka chłopaka o paskudnej powierzchowności. Mickey (Gillian Jacobs) pracuje przy programie radiowym z poradami sercowymi, a w wolnym czasie romansuje z niewłaściwymi facetami i ochoczo konsumuje wielkie ilości narkotyków i alkoholu. Jest wyluzowana aż do przesady, ironiczna, stylowa i tak hipsterska jak tylko się da. Nie muszę chyba dodawać, że sama ze sobą nie może wytrzymać. Gus (Paul Rust) jest za to typowym (jak na mój gust aż zbyt typowym) geekiem, pracującym jako nauczyciel nastoletnich gwiazd małego ekranu na planie popularnego serialu o czarownicach (coś jak Czarodziejki). Interesuje się magią, a wieczory najchętniej spędza z przyjaciółmi, wymyślając piosenki do filmów, które się ich nie doczekały. Choć Gus jest brzydki jak noc, uchodzi za człowieka o dobrym charakterze, takiego, który jest uroczy nie wiedząc nawet o tym. Gdy znerwicowany i zakompleksiony Gus i piękna niczym przedwojenna aktorka, złośliwa Mickey, spotykają się w sklepie, dla obojga jest to początek naprawdę popapranej miłosnej przygody.

Chyba jak w wielu związkach, tutaj także początki nie należą do łatwych. Ona spodziewa się, że on będzie zachowywał się ulegle i z wdzięcznością, że w ogóle na niego spojrzała. On liczy nie tylko na ładne widoki, ale i na jakąś nić sympatii czy dzielenie wspólnych pasji. Oboje są sobą rozczarowani, gdy z każdym odcinkiem okazuje się, że ani on nie jest tak miękki i sympatyczny jak podejrzewaliśmy, ani ona nie skrywa niczego atrakcyjnego za swoją piękną buzią. Każda rozmowa, każda próba nawiązania kontaktu pomiędzy dwojgiem niesympatycznych trzydziestolatków, nacechowana jest niezręcznością. Podejrzewam, że twórcy serialu (do których zalicza się Paul Rust, co od razu tłumaczy jego rolę u boku pięknej Gillian Jacobs) zakładali chyba, że robią serial pełen głębokich obserwacji na temat współczesnych twarzy miłości, z ambitnymi dialogami i humorem na najwyższym poziomie. Mieliśmy się zapewne śmiać, wzruszać i zamyślać nad tym, jak ciężko obecnie o udany związek, a tymczasem przepełnia widza zażenowanie i konsternacja, bo ta fabuła zupełnie do niczego nas nie prowadzi.

Nie ma takiej opcji

Ten serial jest ufundowany na kłamstwie i nie jest nim wcale to, że żyjący w słonecznej Kalifornii, w samym centrum Los Angeles młodzi ludzie muszą być zgorzkniali i depresyjnie. Nie jest nim również to, że stać tu każdego na fantastyczne mieszkanie i modne ubrania mimo lichych posad. Na coś takiego nie może się oburzać nikt, kto oglądał Przyjaciół. Największym kłamstwem serialu LOVE jest wmawianie nam, że istnieje fantastyczna rzeczywistość, bardzo podobna do tej naszej, w której pokraczna kreatura Gus, pozbawiona nie tylko dobrego wyglądu, ale też jakichkolwiek pozytywnych cech charakteru, mógłby się związać (i to bez problemu) z kimś o wyglądzie Mickey. No chyba, że ktoś chce nam wmówić, że narkomanka próbuje się w ten sposób ukarać za swój wredny charakter, ale jakoś w to nie wierzę.

Przywykliśmy już chyba wszyscy do tego, że na małym i dużym ekranie brzydale ciągle wiążą się z boginiami (czemu w drugą stronę to nie działa, ja się pytam?), ale są to zazwyczaj faceci z pasją, albo przynajmniej bogacze. Układu z LOVE nic nie tłumaczy gdyż Gus zwyczajnie nie ma niczego na wymianę. No niczego! Zapewniam, że jako jednostka pełna zewnętrznych i wewnętrznych niedoskonałości, nie jestem do brzydali jakoś szczególnie uprzedzona, jednak pokazując nam Gusa bez ubrań, twórcy tego serialu mocno przesadzili. Za każdym razem gdy na ekranie pojawiała się wątła i blada klata Rusta, aż miałam ciarki z obrzydzenia. Podobnie było w scenach, gdy dochodziło do pocałunków. Aż współczułam Jacobs, w której oczach widziałam strach i wstręt. A myślałby kto, że Leonard i Penny to przesada:)

Sądzę, że byłaby to znacznie lepsza produkcja, gdyby jednak ktoś inny grał Gusa. Rust, nie dość, że nie ma wyglądu, to brak mu umiejętności aktorskich i energii. Słania się po planie niczym anemiczny ślimak i mamrocze pod nosem kwestie, które zapewne w wykonaniu kogoś innego byłyby śmieszne, a tu wypadają żenująco. Każdy jest tu lepszym od niego aktorem, nawet liczni przyjaciele i znajomi przewijający się chmarami w każdym odcinku.

Możliwe, że komuś LOVE jednak się spodoba, ale nie będą to raczej miliony fanów. Osobiście żałuję tych godzin wpatrywania się w ekran i poszukiwania głębszego sensu tam, gdzie go chyba zwyczajnie nie było. To pierwsza produkcja Netflixa, którą się rozczarowałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *