Jak to dziwnie być ekranowy rodzicem, czyli już ostatni macierzyński tekst, obiecuję

Skończyłam właśnie trzeci sezon Workin’ Moms i jestem zadziwiona tym, co zobaczyłam. Jeszcze mniej dzieci, jeszcze więcej dziwności i to takiej, o jakiej nawet nie śniło się przeciętnej zarobionej i wiecznie niedospanej mamie pełzacza. Nie przeczę, że ten serial jest świetną rozrywką, ale ma naprawdę niewiele wspólnego z byciem pracującą mamą, czy w ogóle mamą. I wcale nie piszę tego przez nowo nabytą niechęć do twórczyni serialu/odtwórczyni głównej roli, Catherine Reitman, która w swoim wystąpieniu na TEDzie, najpierw tłumaczy, że jej tato jest legendą branży filmowej, a potem zaświadcza z pełnym przekonaniem, że jej nie pomógł w karierze i poucza jak to trzeba uwierzyć w siebie, a wszystko się uda :)

Co one wyrabiają w trzecim sezonie?

Zacznijmy od Kate (Catherine Reitman), która rodzi kolejne dziecko, choć wcale nie była pewna, czy ten poczęty w toalecie cud, jest jej w życiu potrzebny. Kobieta jest w separacji ze zdradzającym ją mężem, ale ogarnia ekstremalnie dobrze rzeczywistość zarówno zawodową, jak i osobistą. Urządza firmę w nowym mieszkaniu, opiekuje się dwójką maluchów, haruje na cały etat, a do tego uwodzi kogo się da. Absolutnym kuriozum są sceny łóżkowe z dwudziestodwuletnim asystentem, Forestem, któremu pozwala pić swoje mleko (!), ale dobrze sobie radzi także w relacji z nowym kolegą z pracy, nie zrywając jednocześnie intymnych więzi z niemal już byłym mężem. Skąd ona ma na to siły, ja się pytam! Na dokładkę jej matka funduje sobie operację odmłodzenia wadżajny, więc nie może zająć się wnukami.

Nie lepiej jest z Frankie (Juno Rinaldi), która, przypomnijmy, w poprzednim sezonie była czyimś psem. Tym razem nasza przedsiębiorcza pośredniczka nieruchomości pomaga zajść w ciążę nowej koleżance, lubiącej się, tak na marginesie, przebierać za zakonnicę. Polecam wszystkim sceny z pożyczaniem jajeczek dla przyjaciółki od byłej nastoletniej kochanki Frankie. No opera mydlana.

I oczywiście Anne (Annie Kind), która niby ma dwójkę dzieci (psychopatyczną nastolatkę i todlera), ale zajmuje ją głównie radzenie sobie z traumą po tym, jak jej były partner znapastował jej umysł w trakcie hipnozy. Której z Was, drogie panie, zdarzyło się kiedyś coś takiego?

Jedynym wątkiem, którego nie mam zamiaru wyszydzić, jest ten z Ianem (Dennis Andres). Po tym jak jego żona oświadczyła, że nie czuje się dobrą matką i to on ma się zająć ich dzieckiem, Ian przejmuje opiekę nad Zoe i jest w tym świetny. Odpowiedzialny, godny zaufania, bardzo zaangażowany, ciepły i uprzejmy, jest przeciwieństwem tego, co prezentowała jego żona. To facet, który nie boi się ośmieszyć, przebierając się za ulubioną postać z kreskówki swojej córki, czy dołączając do grupy wsparcia dla mam, jako jedyny facet, wciąż zawstydzany głupkowatymi uwagami prowadzącej (na marginesie, widok Val w kostiumie żaby w tej serii – BEZCENNY!). Jako posiadaczka superbohaterskiego męża, który niemal od początku rodzicielskiej przygody przejął nocną zmianę, uważam, że za mało miejsca poświęca się tatom w tego rodzaju produkcjach. No i powinno być to traktowane, zarówno na ekranie, jak i w życiu, zupełnie normalnie, jako oczywistość. Tymczasem ja nie dostaję nawet połowy tego emocjonalnego ciepełka co mój mąż, gdy na przykład zabiera dziecko do urzędu, czy gdy ją karmi w miejscach publicznych.

Co jest dla mnie największym ekranowym motywatorem?

Pewno źle o mnie pomyślicie, ale co tam. Wyznam, że po pierwsze, tuż przed porodem oglądałam drugą część Creeda i Warriora z Tomem Hardym, i uważam, że dobrze zrobiłam, patrząc na to, co mnie spotkało w szpitalu. Na ciachanie brzucha w zupełnie obcym miejscu, koszmarny skowyt rodzących kobiet na korytarzu, czy nawet na zakładanie cewnika bez znieczulenia, że nie wspomnę o dźwiganiu wielgaśnego noworodka (mega ćwiczenie na bicki, nigdy już nie będę potrzebowała Chodakowskiej), nic nie przygotuje lepiej niż filmy o paskudnych krwawych urazach, dochodzeniu do siebie po strasznych walkach i o szukaniu motywacji by jednak wziąć się w garść i poskładać posiniaczone członki do kupy (moje pielęgniarki wkłuwały się tak, że przez siniole wyglądałam jak Gołota po walce, więc tematyka sportowa jest tu jak najbardziej na miejscu :).

A z bardziej ogólnych planów rodzicielskich, czuję, że dobrze mi zrobiła książka Odnaleźć sisu. Fiński sposób na szczęście przez hartowanie ciała i ducha. Ogólnie potwierdziła moją teorię o tym, że ,,chłodny” wychów działa bardzo dobrze na dzieci, a mówiąc chłodny, mama na myśli wyłącznie doznania cielesne. Fini są tu przedstawieni jako bardzo mądry naród, który skłania obywateli od najmłodszych lat do tego, by przede wszystkim wymagali od siebie, a potem dopiero od innych, by byli samodzielni, nie mazgaili się i żyli w umiarze. Mają w tym pomóc dziecięce wycieczki do lasu, lub wręcz przedszkola w lesie czy leśne szkoły, drzemki na lodowato zimnym świeżym powietrzu, a w dorosłości kąpiele w przeręblu. Całą sobą to popieram i sama też staram się nauczyć swojego berbecia samodzielności od wczesnych miesięcy. Przed nami póki co żmudna nauka siadania i chodzenia, samodzielnego jedzenia i picia, ale za to spanie na mrozie mamy już opanowane, bo praktykujemy codziennie. Żadnego bujania czy skakania przy dziecku (także w nocy), tylko kładziemy i śpi. Co za ulga!

Jeśli chodzi o samodzielność dziecka, to polecam serial Amazona Hanna, w którym pewien tatuś wychowuje w lesie zaradną wojowniczkę. Nie wiem co teraz aktorsko porabia odtwórca głównej roli, Joel Kinnaman, ale jak mu się znudzi praca przed kamerą, może spokojnie jeździć po świecie i dawać pogadanki o małych Spartanach.

A na koniec Yummy Mummies :)

Tego nie oglądajcie! Ja oglądam, żeby inni nie musieli i czuję, że nigdy nie upadłam niżej jako matka, człowiek i widz. Cztery australijskie diwy rodzą dzieci w totalnym luksusie i wymyślają tylko jaką ekscentryczną i najlepiej sprośną rozrywkę sobie zafundować. By dobrze naświetlić sytuację, napisze tylko, że w najnowszym sezonie Lorinska pierdzi w samochodzie, namawia męża na córkę, a koleżanki do jedzenia małży (bo afrodyzjaki). Rachel buja się z ledwo chodzącym synkiem modelem po sesjach zdjęciowych i wyszydza swoje koleżanki, a Jane martwi się, że wszystkie mamusie mają ją za świętoszkę, dlatego też klepie po pupie gołego kelnera i pije shoty z jego klaty. Jest też nowa diwa, Iva, zwolenniczka Kamasutry i pieprznego języka, która zleca znanej malarce namalowanie portretu swojej rodziny w stylu królewskim. Jeśli nie macie nic innego do roboty, to śmiało, popatrzcie jak dziewczyny chodzą na lekcje seksu tantrycznego albo jak pytają wróżki kiedy powinny począć kolejne dzieci, ale naprawdę odradzam. Już lepiej poczytać internetowe fora dla mamuś, bo tam wrze od najgwałtowniejszych emocji współczesnego świata :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *