Dzięcioł

W kinach, jak co roku o tej porze, wakacyjna posucha, ale nie dajmy się zgnębić, drodzy kinomaniacy. Zamiast narzekać i się nudzić, można przecież jeszcze sięgnąć do klasyki. Kilka chwil w internecie spędzonych na lekturze list hitów wszech czasów i już mamy gotowy zestaw inspiracji. Do snu, zamiast kolejnego serialu o niewyjaśnionym morderstwie czy paranormalnych mocach, oglądamy teraz Lśnienie (w kawałkach), a jako weekendowy hit przedpołudniowy wybraliśmy seans Dzięcioła Jerzego Gruzy. Muszę przyznać, że był to fantastyczny wybór. Dla osób, które tak jak ja mają trzydziestkę na karku i nie oglądali jeszcze tego dzieła, będzie to ciekawe przeżycie. Nie zrażajcie się tym, że film jest z 1970 roku. Każda scena tchnie świeżością, dialogi iskrzą się od genialnego dowcipu, a do tego z praktycznie każdego ujęcia wyglądają do nas cudowni polscy aktorzy w swej szczytowej formie. Słowo daję, że gdyby polskie filmy nadal miały tak wysoki poziom jak ten klasyk, to na nowo bym rozważyła podłączenie telewizji i płacenie abonamentu.

Dni wolności pantoflarza

Głównym bohaterem Dzięcioła jest Stefan Waldek (Wiesław Gołas), pracujący w Supersamie jako głos zapowiadający promocje i zachwalający produkty sezonowe. Przy okazji jest też kimś w rodzaju ochroniarza, podpatrując z kilku kamer poczynania klientów sklepu. Waldek ma żonę (Alina Janowska), której się panicznie boi i nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż kobieta jest bardzo władczą mistrzynią strzelectwa. Rodzinne stadło dopełnia uroczy synek, Pawełek (Roman Mosior), nad wiek dojrzały malec, mówiący do ojca podejrzanie przemądrzałym tonem. Już samo wprowadzenie jest tu ciekawe, bo ukazane są specyficzne realia życia w PRL-u (co wywołuje u mnie falę nostalgii), a gdy żona Waldka wyjeżdża na kilka dni, robi się naprawdę interesująco. Pantoflarz i poczciwiec, uważany przez kolegów z pracy za dziwaka, gdyż w wolnym czasie lubi słuchać odgłosów ptaków nagranych na płyty, postanawia się sprawdzić w nawiązywaniu pozamałżeńskich relacji intymnych. O dziwo, wiele spotykanych kobiet sprawia wrażenie aż nazbyt chętnych do flirtów i romansów, ale niestety, te figlarne epizody nie mają zazwyczaj pomyślnego dla słomianego wdowca finału. Mężczyzna tak bardzo chce wykorzystać chwile wolności pod nieobecność żony, jest aż tak zdesperowany, że popełnia gafę za gafą. W dodatku los mu nie sprzyja, bo to raz ponętna piękność używa go jako przykrywki by umówić się z kimś innym, raz znowu inna w ostatniej chwili trafia na lepszego amanta, a kolejnym znów razem ponętna nimfa mdleje z nadużycia alkoholu metylowego. Biedny dzięcioł.

Absurd i psychodela

Dzięcioł to jeden z tych filmów, którymi można się napawać i smakować je przez lata, co chwila odnajdując nowe niuanse. Dopiero rozpoczynam moją z nim przygodę, ale już wiem, że będzie to (obok Daleko od szosy) jeden z moich ponadczasowych ulubieńców rodem z PRL. Najbardziej urzekło mnie chyba to, że praktycznie nie ma tu ról mniej ważnych czy zbędnych. Każda postać, każda kreacja, to aktorski i scenariuszowy klejnocik. Można tropić ulubionych aktorów, wsłuchiwać się w kultowe teksty (jak mogłam ich wcześniej nie słyszeć?!) i chłonąć surrealistyczną atmosferę. Do moich ulubionych motywów tego z filmu należą zdecydowanie sceny takie jak ta, podczas której Violetta Villas śpiewa uwodzicielskie Oczy czarne, jak synek poucza ojca w praktycznie każdej rozmowie (mały meloman), albo jak teść wojskowy robi zagubionemu Waldkowi musztrę. Coś niesamowitego! Podobały mi się też wszystkie wypowiedzi Aliny Janowskiej (są genialne) oraz scena z Ireną Kwiatkowską, która gra bardzo twardą sanitariuszkę, szczycącą się umiejętnością wypicia każdej ilości dowolnego alkoholu. To jak pochłania ,,jagodziankę na kościach” (czy ktoś jeszcze dziś pamięta denaturat?) trzeba po prostu zobaczyć.

Tych wszystkich, którzy kręcą nosem na stare filmy, lub oglądają tylko amerykańską klasykę, szczególnie zachęcam do obejrzenia Dzięcioła. Dzięki temu filmowi można się na przykład przekonać, że podglądactwo i ekshibicjonizm nie są domeną jedynie naszych czasów. Stefan Waldek z upodobaniem podgląda przez lunetę orgiastyczna imprezę u sąsiadów, a oni sami zdają się nie widzieć w tym niczego złego. Zadziwiające może się też dla niektórych wydać to (w moim przypadku zdziwienie było wielkie), że sklepy z lat 70-tych też miały CCTV, tyle że ochrona była lepsza, bardziej wielofunkcyjna i w dodatku przemawiała do klienteli w wyjątkowo kulturalny sposób. Ach, co za czasy:)

Choć jest tu wiele niepokojących wątków, wiele absurdów, to jednocześnie jest to film szalenie zabawny. Niestety podejrzewam, że śmiałam się z zupełnie czegoś innego niż pierwsi widzowie tego obrazu, gdyż najwięcej radości wzbudzał we mnie sposób wypowiadania się bohaterów, którzy są do przesady formalni, nawet w sytuacjach bardzo poufałych.

Na koniec spieszę donieść, że jeśli posucha w kinach się przedłuży, notki o produkcjach sprzed lat mogą być naprawdę liczne. Co sądzicie o cyklu typu ,,W starszym kinie”?

P. S. Wiesław Michnikowski jest obłędy w epizodzie, w którym jego postać, przypadkowy warszawiak, wtrynia się w uliczną sondę programu telewizyjnego W co się bawić?. Co za mimika, ton i determinacja! Ten pan jest uosobieniem parcia na szkło. Moim zdaniem warto obejrzeć Dzięcioła choćby dla tej sceny.

One thought on “Dzięcioł

  • Lipiec 22, 2016 at 12:53 pm
    Permalink

    klasyka
    scenariusz i dialogi współtworzył K.T. Toeplitz pewnie dla tego czuć w dialogach i klimacie 40-latka. Film absolutnie kultowy.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *