Smętarz dla zwierzaków, czyli dlaczego ekranizacje twórczości Kinga to prawie zawsze takie rozczarowanie

Obejrzałam Smętarz dla zwierzaków, choć znalezienie na to czasu nie było proste. W ciągu doby mam tylko godzinkę dla siebie, a to znaczy, że poświęciłam na to ,,dzieło” dwa bezcenne wieczory. Skłoniło mnie do tego wiele powodów: po pierwsze, byłam zachwycona książką, po drugie, chciałam sprawdzić, czy mając dzieci będę patrzyła na śmierć młodych ludzi na ekranie w inny sposób, a po trzecie, jest tu też motyw zwierzęcy, bardzo dla mnie istotny. Jeśli naprawdę nie macie oceanów czasu i nie możecie przez wiele dni czy tygodni rozkoszować się dłużyznami powieści, tymi fantastycznymi opisami codziennego życia całkiem zwyczajnych ludzi, to w ostateczności możecie zacząć i skończyć na filmie. Jednak radzę zrobić na odwrót, darować sobie tegoroczną i starszą ekranizację i zatrzymać się na dziele Kinga. Ta powieść jest moim zdaniem bardzo poruszająca i głęboka, szczególnie przemyślenia głównego bohatera na temat śmierci i tego jak różnie dotyka ona dorosłych, dzieci i zwierzęta.

Igraszki posępnego kocura

Jest to historia rodziny doktora Louisa Creeda (Jason Clarke), który wraz z żoną i dziećmi przenosi się z Bostonu na zalesioną prowincję Maine, licząc na wytchnienie, spokój i więcej czasu dla rodziny. Jego żona Rachel (Amy Seimetz) zajmuje się dwójką ich małych dzieci, podczas gdy doktor opatruje stłuczenia i leczy grypę u studentów lokalnego uniwerku. Do pewnego momentu jest sielanka, bo i podwórko ładne, i sąsiedzi serdeczni, a do tego kocur ma gdzie się wybiegać. Niestety, to życie jak z obrazka szybko się kończy. Kocur o imieniu Church, ginie pod kołami jednej z wielkich ciężarówek, a jego śmierć staje się początkiem serii bardzo makabrycznych zdarzeń. Okazuje się, że za domem i nawet za dość upiornym miejscem pochówku psów i kotów, jest ziemia, która oddaje to, co w niej się pochowa.
Ten przeklęty i zapomniany przez bogów teren, jałowa ziemia jak ją bohaterowie nazywają, sprawia, że najpierw kocur zmartwychwstaje, a zaraz za nim tragicznie zmarła córka doktora, Ellie (Jete Laurence).

Wszyscy czują się winni, wszystkich dopadają demony przeszłości, wszyscy giną, koniec. No niby proste, ale jeśli zajrzycie do powieści, to się sami przekonacie, że wcale nie.
Dużo rzeczy nie podoba mi się w tym filmie, ale najbardziej chyba to, że fabuła jakoś tak komicznie się układa, że wychodzi na to, iż wszystko jest intrygą wysnutą przez mały móżdżek demonicznego kocura, który mści się na doktorku, chcącym go uśpić. To jakieś niepoważne, że wszystkie siły zła i ciemności, miejsce skażone pradawną zbrodnią kanibalizmu i Bóg wie czego jeszcze, zostają sprowadzone do zemsty Churcha. Też mam wrednego kocura, który robi mi dosłownie horror w domu (wyobraźcie sobie obsikiwanie wszystkiego, co cenne, łażenie po głowie czy odgłosy wymiotowania o trzeciej nad ranem) i te nasze codzienne przygody bardziej wieją grozą niż to, co prezentuje filmowy mruczuś.
Wyjątkowo słabe jest także uśmiercenie córki doktora zamiast jego synka, uroczego bobaska Gage’a (Hugo Lavoie). Rozumiem, że to straszne, ale jak już ktoś decyduje się na ekranizację takiej powieści, powinien moim zdaniem pójść za ciosem.

King i zwierzęta

Życia by mi nie starczyło, żeby przeczytać wszystko, co pan King napisał, ale cieszę się bardzo, że przeczytałam (a właściwie przesłuchałam) Smętarz dla zwierzaków i Cujo. Głęboka refleksja nad przemijaniem i śmiercią towarzyszy mi od pierwszych rozdziałów Smętarza, ale także to jak opisane tu jest rodzicielstwo, szczególnie w wydaniu małomiasteczkowym czy wręcz wsiowym, bo sama się w ten nurt wpisuję. Za to Cujo, opowieść o tym jak biedny bernardyn, zarażony wścieklizną, zagryzł kilka osób, to historia, która byłą ze mną każdej godziny każdego dnia mojej bardzo męczącej ciąży. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, jak to jest, a nie ma okazji przekonać się na własnej skórze, to niech to przeczyta. Szał, ból, mdłości i potworny wodowstręt, których doświadcza Cujo, skłaniają mnie do myślenia, że jednak to nie wściekły pies jest głównym bohaterem tej książki, a szczenna suka. Słuchając tej powieści, ze zdziwieniem odkryłam, że żadna matka nie byłaby mnie w stanie lepiej zrozumieć, niż ta nieszczęsna psina, czyli właściwie też pan King.
Ogólnie chcę powiedzieć, że bardzo cenię powieści Kinga, choć długo ich unikałam, bo mają reputację taniej i łatwiej rozrywki. Emanuje z nich głęboki humanizm, a z tych o zwierzętach także głębokie zrozumienie wcale nie tak prostej kociej i psiej psychiki.

P.S. Poziom tego filmu ratuje w dużej mierze występ Johna Lithgowa grającego rolę starego sąsiada Juda. Bardzo zabawne było, gdy powiedział do Ellie, że wie, kim był Churchill. Za to potencjał Jasona Clarke’a został niewykorzystany. W ogóle uważam, że ten aktor, o bardzo specyficznych rysach, podejrzanie dobrze pasujących do filmów o nazistach, nie bardzo pasuje do roli poczciwego ojca rodziny.

Jedna myśl na temat “Smętarz dla zwierzaków, czyli dlaczego ekranizacje twórczości Kinga to prawie zawsze takie rozczarowanie

  • Wrzesień 10, 2019 o 5:26 am
    Permalink

    Hej, a gdzie zoe można zobaczyć ten film?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *