Nasza pierwsza zima w górach

Z miłym zaskoczeniem stwierdziłam, że wpisy nierecenzenckie, dotyczące naszej przeprowadzki w Sudety (ten i ten), cieszyły się Waszym dużym zainteresowaniem, dlatego też spieszę z kolejną porcją wieści. Wielu z Was bardzo nam kibicuje i pomyślałam, że chcielibyście wiedzieć jak przyjmujemy (a raczej znosimy) wszystkie ostatnie zimowe atrakcje. Nikogo pewno nie zaskoczę, ale może za to rozbawię tym, że białego puchu napadało od groma, co ma swoje nieoczywiste konsekwencje.

Przystanek Alaska

Oglądając przygody uroczego pana doktora na Alasce, marzyłam o tym, by tak jak on, zamieszkać w małej, zżytej społeczności oryginałów, cieszyć się z drobnych przyjemności czy w odosobnieniu radzić sobie z dręczącymi problemami z przeszłości. Niekoniecznie marzyłam o znajdowaniu się w dokładnie takich samych warunkach przyrodniczych, a jednak, dostałam i to w pakiecie. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że mieszkam na planie Przystanku Alaska (no nie dosłownie oczywiście), gdy późną jesienią, gdy już okolica się wyciszyła, letnicy wyjechali i nawet hałasujących motocyklistów zrobiło się mniej, wyszłam z mężem na wieczorny spacer. Na największym (i jedynym) skrzyżowaniu w Mostowicach, tuż pod latarnią, pasła się sarna, która dopiero gdy podeszliśmy całkiem blisko, zaczęła powoli odchodzić samym środkiem szosy. Podobieństwo do łosia z serialowej czołówki było uderzające :) Takich obrazków widzieliśmy niedawno całkiem sporo, a ich ukoronowaniem był przemarsz kilkudziesięciu sztuk zwierzyny (jelenio-sarniej) kilka metrów przed nami, niczym długa powolna karawana wielbłądów. Dziewczyny były prowadzone przez przystojniaka z imponującym porożem i zupełnie nic sobie z nas nie robiły.

Tak było pod koniec listopada

Drugą oznaką alaskowatości tutejszych warunków pogodowych jest śnieg i nie mam tu na myśli delikatnej powłoczki białego puchu, o której myślicie sobie ciepluchy z zachodniopomorskiego, popijając kakałko i marząc o najbliższych feriach. Chodzi mi o sypiące z nieba całymi dniami tony białego paskudztwa, uniemożliwiające jakąkolwiek outdorową aktywność (przynajmniej w moim mniemaniu). Nagle zwykła wyprawa za dom do kompostownika zamienia się w alpinistyczną eskapadę, podjechanie pod dom samochodem jest niemożliwe bez wielkiej szufli do odśnieżania, a pies gubi się na spacerze, bo białego paskudztwa jest znacznie więcej niż sięga jego niewielki wzrost. W konsekwencji, tak jak mieszkańcy Cicely, zjeżdżamy do miasta bardzo rzadko (po drodze podziwiając kolejne stojące pionowo w rowach samochody przyjezdnych) i tylko za największą potrzebą (jedzenie, wycieczka do paczkomatu, lekarz). Słowo daję, że poznacie mostowiaka kotliniaka po tym, że na wieść o tym, że jedziecie do miasta, wręczy Wam całą listę swoich sprawunków :) Tacy jesteśmy w śnieżną pogodę.

Zwierzyna

Wraz ze zmianą pór roku, zmieniają się także towarzyszące nam zwierzaki. Z pierwszym śniegiem, pojawiły się samochody amatorów białego szaleństwa, zmierzające wężykiem na wyciągi do Zieleńca, co skutecznie zmusiło lisy, sarny, jelenie, dziki i wszystkie inne przydrożne stworzenia, patrzące na nas z cienia w cieplejszych miesiącach, do ewakuacji w głąb lasu. Tych większych trochę brak, ale jest jeden ogromny plus grubej warstwy śniegu i minusowych temperatur, czyli nieobecność kleszczy, których się panicznie boję. Widmo boreliozy i zapalenia opon mózgowych towarzyszy mi od wakacji, gdy kąsnął mnie jeden z tych potworów (na szczęście nie zarażając niczym). Jak dla mnie to jeden z największych minusów mieszkania blisko natury, co też wielu tubylców trochę śmieszy, bo wydają się uodpornieni.

Mamy także kilku nowych ptasich towarzyszy. Odleciały śliczne Kopciuszki, buszujące w krzaczorach przy domu całe lato, ale za to pojawiło się stadko żarłocznych sikor, z zapałam pałaszujących kulki z ziarnami. Przyglądanie się temu, jak to robią, to moja największa rozrywka ostatnio. Od rana siedzę z kawusią w dłoni i gapię się przez okno na wielki świerk, będący jednocześnie ptasią stołówką. Już nawet je rozpoznaję: jest sikor Gigant (bardzo przystojny samczyk o imponującym upierzeniu), sikor Czubeczek (taki zadziorny z irokezem) i mały grubasek, czyli sikor DeVito.

Oczywiście, mamy także interakcje ze zwierzyną udomowioną. Codziennie rano widzimy na śniegu którędy skradał się w nocy Zenuś, kot sąsiadów. Darek podjął się także dokarmiania dwóch kotów, których opiekunowie na zimę przenieśli się do miasta. No i nasz Krakers naprawdę odżył dzięki spacerom z uroczą koleżanką Herą (długonogą pięknością, która znacznie lepiej niż nasz niziołek radzi sobie w śniegu).

Jednym słowem, Mostowice może i mają jeszcze mało mieszkańców ludzkich, ale zwierzęcych i zimą nie brakuje.

Remontowe wyzwania

A mówili nam, przestrzegali, że będzie trudno, ale opętani wizją mieszkania w górach nie słuchaliśmy. Teraz mamy za swoje, czyli w najmniej odpowiedniej chwili tkwimy w remontowym koszmarze. Okazuje się, że nieuchronną konsekwencją tego, że mieszka się na odludziu, w dodatku zasypanym śniegiem, jest to, że żaden fachowiec od remontów, choćby nie wiem ile mu zapłacić, nie chce się podjąć pracy. Gdy już znaleźliśmy jednego Pana Kafelka, na którego czekaliśmy dwa i pół miesiąca, to nawet on w ostatniej chwili zrezygnował, zostawiając nas z ruiną kuchni. Gdyby nie bardzo zaradny i doświadczony sąsiad, grzalibyśmy sobie teraz jedzenie na ognisku chyba.

Nie lepiej jest z panami montującymi z Ikei, na których się wyczekaliśmy, a którzy właśnie w tej chwili kończą składanie mebli kuchennych. Co prawda przyjechali, ale ile się nasłuchamy narzekań i stęknięć, to nasze. Oczywiście zaraz też padły groźne słowa o ,,opłatach za montaż poza strefą” i ,,kosztach dojazdu”, o których nic nie ma w rachunku, który grzecznie z góry opłaciliśmy. Normalnie na każdym kroku musimy płacić za naszą sudecką fanaberię, czyli za to, że nie mieszkamy już w środku miasta. O tym, jak będą wyglądać u nas grubsze remonty, których, jak się okazuje, nasz dom pilnie potrzebuje, nawet nie chce mi się myśleć.

Są też dobre strony. Chyba

Do wielkich plusów naszego zimowego odosobnienia należą zdecydowanie piękne widoki. Z każdego okna można podziwiać ruchomą pocztówkę ze zmieniającym się krajobrazem, co ma swój urok, szczególnie w Święta. Podobają mi się także trasy dla nart biegowych, nastrojowo oświetlane również wieczorami, a prowadzące przez rozległe łąki i pastwiska, gdzie wcześniej były krowy. Gdy tylko najdzie mnie ochota (co się jeszcze nie zdarzyło) mogę w każdej chwili ruszyć na szlak i spalać kalorie aż miło.

Innych, czyli naszych potencjalnych gości, ucieszy z pewnością ogrom śniegu w Zieleńcu i innych wyciągowych miejscówkach, wyglądających o tej porze jak alpejskie wioski. Naprawdę nie myślałam, że miejsca, które latem wyglądają jak nowobogacki plac budowy, będą się tak ładnie prezentować zimą. Dzięki temu, że tak licznie zjeżdżają tu miłośnicy szusowania, okoliczni mieszkańcy nie muszą się szczególnie głowić by dobrze zarobić.

Na koniec dodam może, że jako ogromnego łasucha cieszy mnie najbardziej to, że oferta gastronomiczna jest teraz znacznie bogatsza, bo dla kotliniaków to środek sezonu i trzeba turystom zaoferować to, co najlepsze. Restauracje, a zwłaszcza bary mleczne (uwielbiam kłodzki Bar Dobrze i bystrzyckiego Kaktusa) stają na wysokości zadania, ale przyznam, że pierogi z najbliższego schroniska na Jagodnej też niczego sobie. Zajadając przypieczone na złoto przysmaki i gapiąc się na swoje sikory za oknem, jakoś cieplej myślę o śniegowej pierzynce. Ale tylko wtedy.

2 myśli na temat “Nasza pierwsza zima w górach

  • Styczeń 10, 2019 o 7:15 pm
    Permalink

    Świetny wpis! Cieszę się z Waszego dobrego samopoczucia… Pozdrawiam ze Szczecina!

    Odpowiedz
  • Styczeń 11, 2019 o 10:52 am
    Permalink

    Dzięki za serdeczny komentarz. Gorące pozdrowienia ze śnieżnych Mostowic :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *