O dysleksji i innych problemach z uczeniem się po raz kolejny

Dziś zaczyna się rok szkolny więc pomyślałam, że to dobry dzień by kontynuować wątek tego jak pisać, czytać i mówić (do kamery na przykład), gdy się człowiek zupełnie do tego nie nadaje. Jako dyslektyczna blogerka z sześcioletnim stażem, która pracowała w szkole z dziećmi w różnym wieku, mam na ten temat nieco do powiedzenia. Bardzo przydaje się także moje osobiste doświadczenie (którym głównie dziś się zajmę), no i oczywiście to, że mam już za sobą pierwszy rok studiowania logopedii z terapią pedagogiczną.

Nim przejdę do rzeczy, chciałam jeszcze wyrazić moje ogromne zadowolenie z tego, że tematy odchodzące nieco od głównego, recenzenckiego nurtu bloga, które eksperymentalnie podjęłam w ostatnich miesiącach, cieszą się wśród Szanownych Czytelników, dużym zainteresowaniem. Wasze komentarze (te na blogu, YT i wygłaszane osobiście) dużo dla mnie znaczą i stanowią źródło nieustannej motywacji. A jeśli już o motywacji mowa…

Motywacja, ambicja, samoocena i zaświadczenia z poradni

Jak moi stali czytelnicy doskonale wiedzą, ma pewne problemy z językiem. Nauka nowych słów (w obcym i ojczystym języku), ortografia czy przyswajanie bardzo szczegółowych, konkretnych informacji, to dla mnie nieustanne pola walki, z której czasem wychodzę zwycięsko, ale najczęściej nie. To, że jestem typową dyslektyczką zrozumiałam dopiero pod koniec liceum, co mnie samej dzisiaj wydaje się dziwne i wprost nie do pomyślenia w dzisiejszej szkole. Ale od początku.

Póki nie przyszło mi pisać pierwszych dyktand, słowa i ogólnie nauka, nie były wielkim problemem. Szybko zaczęłam mówić, praktycznie bezboleśnie jeszcze w przedszkolu nauczyłam się czytać, a i nauka literek nie bolała mnie aż tak jak większość dzieci. Gdy jednak nauczycielki sprawdzały zeszyty, zawsze zwracały uwagę na pozjadane końcówki wyrazów, poprzestawiany szyk literek i lekceważenie wszelkich zasad ortografii. Dziś bym trafiła do poradni, ale w latach osiemdziesiątych załatwiano to w innych sposób. Jak? Ano mówiło się dziecku, że musi się bardziej starać, dużo czytać, a kłopoty z językiem same przejdą. Najdziwniejsze jest to, że na mnie to działało. Wystarczyło by pani od polskiego powiedziała raz, że trzeba dużo czytać by znać ortografię, a już mała Ola rzucała się na wszystkie książki, jakie tylko znalazła w szkolnej bibliotece. Tak duży był autorytet nauczyciela w tamtych czasach i tak wielka ufność dziecka, że dorośli wiedzą co mówią :). Do tego doszła postać pani bibliotekarki, piastunki magicznych tomów obłożonych w szary papier, która co kilka dni dawała mi z półki to, co uważała za stosowne, a mój mały mózg chłonął to jak gąbka. I wiecie co? Nic a nic mi się od tego nie poprawiło :). Za dyktanda dalej dostawałam słabe oceny (trzy to było maksimum na jakie było mnie stać), ale na szczęście coraz mnie to pisanie się w szkole liczyło. Im wyższa klasa, tym mniej było sprawdzianów z ortografii, mniej zabierania zeszytów przez nauczyciela i mniej uwag typu „Nie zjadaj końcówek! Ortografia!”. Oczywiście, nigdy nie żałowałam czasu i energii poświęconych na obowiązkowe i dodatkowe lektury, bo od samego początku, czyli od Na jagody Konopnickiej, czytanie sprawiało mi wielką przyjemność i bardzo się przy nim wyciszałam. Bardzo przyjemnie było też móc brać udział w lekcjach z literatury, które wspominam bardzo miło. Niektórzy mogliby, słuchając o nich, otworzyć szeroko oczy ze zdziwienia, ale nam się wtedy naprawdę wydawało, że jeśli ,,pani” oczekuje, że w czwartej klasie przeczytamy całego Robinsona Crusoe, a w piątej Krzyżaków, to jest to jak najbardziej możliwe i do zrobienia (bo inaczej dlaczego by nam kazała to robić:). Pod tym względem dawną szkołę uważam za lepszą od obecnej. Pomocy dydaktycznych praktycznie nie było, mało kto słyszał o metodach aktywizujących ucznia, a jednak dzięki tamtemu systemowi nawet ktoś taki jak ja, mógł zdać na studia polonistyczne. I nie jest to absolutnie zasługa mojej pracowitości czy inteligencji (bo te mam w ilościach przeciętnych), ale odpowiedniej motywacji, umiejętności wzbudzenia we mnie ducha rywalizacji i ambicji, które pani polonistka i pani bibliotekarka posiadały.

Jest też ciemna strona tej opowieści, którą poznałam po latach. Dopiero całkiem niedawno mój młodszy o dwa lata brat opowiedział mi o tym, jak w jego przypadku wyglądały początki borykania się z dysleksją. Mając tych samych nauczycieli, doświadczenie szkolne wspomina zupełnie inaczej niż ja i to paradoksalnie dlatego, że on niby otrzymał specjalistyczną pomoc. Gdy w jego przypadku pojawiły się problemy z pisaniem, miał wątpliwe szczęście trafić do poradni psychologiczno-pedagogicznej, w której on i rodzice dowiedzieli się o dysgrafii i dysleksji, a także otrzymali na to odpowiedni papier. Wiedząc jak to wygląda dzisiaj, domyślam się, że na dokumentach mogły być jakieś wytyczne, ale bardzo ogólne i w pracy na lekcji czy w domu zupełnie nieprzydatne. No, ale można by się spodziewać, że w czymś to pomoże. Niestety, ta sama pani od polskiego, którą ja tak podziwiałam i którą do dzisiaj wspominam z największą sympatią, do młodszego brata nie miała zbyt dużo cierpliwości. Jej wybuchy gniewu, połączone ze złośliwymi uwagami, a nawet z wulgaryzmami (wiem, że jej się zdarzało, bo byłam kilka razy tego świadkiem też na swoich lekcjach), zblokowały młodego człowieka do reszty. Nikt chyba nie reaguje dobrze, gdy przy rówieśnikach wytyka mu się jego dysleksję, jakby to była jakaś wstydliwa choroba, albo coś, na co w ogóle miało się wpływ. Nie muszę chyba nawet wspominać, że od tego momentu mój brat szczerze znienawidził język polski, a potem po kolei i inne przedmioty, bo w końcu to z tych podstawowych polonistycznych umiejętności bierze się zdolność pisania notatek, czytania zadanego materiału z podręcznika czy streszczania różnych treści w odpowiedzi ustnej.

Zaczynaliśmy od podobnej sytuacji, ale to mi było łatwiej, bo nie mając konkretnej diagnozy, myślałam, że wszystko zależy od moich starań i w konsekwencji, okrężną drogą, jakoś mi się to opłaciło (przynajmniej jeśli chodzi o moją karierę szkolną). Brat, mając papier, nie doczekał się konkretnej pomocy, a spotkały go za to szykany ze strony nauczyciela. Jestem pewna, że dziś coś takiego by się nie zdarzyło, bo nauczyciele czują na sobie baczne spojrzenie rodziców, którzy mają w szkole znacznie więcej do powiedzenia. Niestety, ja sama w takiej dzisiejszej szkole pewno zmarnowałabym się do reszty, bo dzieci takich jak ja byłoby więcej (połowa klasy nawet, jak nie cała, bo i takie klasy, w których każdy miał papierek na co innego, zdarzało mi się uczyć), a każdy miałby inne wymagania, oczywiście w stosunku do nauczyciela i szkoły, a nie do siebie.

Mam oczywiście świadomość, że może wam się nie spodobać to, co piszę, zwłaszcza jeśli jesteście rodzicami dziecka z jakimkolwiek deficytem. Macie oczywiście do tego prawo, ale pamiętajcie, że opisuję tylko swój subiektywny punkt widzenia na tę sprawę.

Ale co robić?

Nie poradziłabym sobie ani ze studiami, z pracą nauczyciela, ani tym bardziej z blogowaniem, gdybym przez te wszystkie lata nie opracowała jakiejś strategii ,,omijania i oswajania” dysleksji. Są takie sprawy, z którymi sobie nigdy nie poradzę, na przykład nie zapamiętam wyjątków ortograficznych, ale za to mogę przecież nauczyć się zasady i stosować ją gdzie się da. Wyjątki to zmora dyslektyków, ale jak często trafiają się na co dzień i od czego w końcu mamy słowniki internetowe?

Bardzo praktyczne okazało się też uczenie przez skojarzenia. Trwa dłużej, ale i na dłużej zostaje. Jeśli z jakimś słowem (także w obcym języku) wiąże się konkretne skojarzenie, a do tego uda nam się jakoś emocjonalnie do tego podejść, możemy mieć pewność, że w końcu zakoduje się w naszej głowie. Kojarzenie wyrazu, frazy, pojęcia z czymś, co już znamy, zapisywanie na kolorowo tych części słowa, które są wspólne z innymi, a przede wszystkim bazgranie na brudno wszystkiego, czego się uczymy, czyli ,,pamięć ręki”, pomogły mi z opanowaniem niejednego materiału, także na inne niż polski przedmioty (cały czas trzeba pamiętać, że dyslektycy często mają globalne kłopoty z uczeniem się).

Z niedawno odbytych zajęć na logopedii, poświęconych konkretnie temu tematowi, wyniosłam jeszcze trzy wskazówki, które mogą się przydać młodszym dzieciom. Po pierwsze, dyslektycy czytają lepiej z kartek innych niż czysto białe. Po drugie, warto też nieco powiększyć druk i uprościć czcionkę. A po trzecie, bezcenna w procesie uczenia się czytania i pisania (a także innych rzeczy) jest samoocena, która należy umiejętnie podbudowywać nawet niewielkimi sukcesami. Może i dziecko nie jest najlepsze z ortografii, ale nadrabia zapałem w czytaniu kolejnych lektur i zapamiętywaniu ich treści. Może nie pisze najładniej, ale za to sprawdza się w przedmiotach przyrodniczych czy na szkolnym boisku, a zresztą jego bazgrołki są czytelne dla niego samego i nauczyciela, więc w czym problem?:)

Zakończę może ten wpis (bo się niebezpiecznie rozrósł) wątkiem optymistycznym. Nie dotyczy on mnie, choć to, że na co dzień ,,robię w języku” jest dowodem na to, że można z dysleksją funkcjonować całkiem nieźle. Dobrze radzi sobie też mój brat, którego uratował sport. Dzięki wysiłkowi fizycznemu, wpływającemu nie tylko na wygląd, ale i na wielki wzrost samooceny, radzi on sobie w świecie lepiej ode mnie. W pewnym momencie okazało się (Ameryki tu nie odkryjemy), że jeśli coś nas interesuje i samoocena podpowiada nam, że możemy to osiągnąć, to nagle uczenie się nowych rzeczy nie stanowi problemu, możemy zdobyć nowy zawód czy nawet pracować w obcym języku, zwyczajnie dlatego, że niepomni dysleksji, skutecznie ją omijamy lub oswajamy.

PS. W kolejnej odsłonie językowego cyklu napiszę może o tym, co można zrobić, by dać maluchom jak najlepszy start jeśli chodzi o naukę mówienia i pisania.

3 thoughts on “O dysleksji i innych problemach z uczeniem się po raz kolejny

  • Wrzesień 5, 2017 at 7:16 am
    Permalink

    Jeszcze raz się okazuje, że gdy Szanowna Autorka pisze o sprawach jej bliskich, niejako „wyciąga” ze sprawy 120%, pisząc nieszablonowo i odkrywczo. A do tego łatwo i zwięźle. Może to cecha (owszem) dyslektyków, którzy też przecież piszą „niebanalnie” jak chodzi o wyrazy. :)) Do tego te teksty są pisane z dużym (jakby to wyrazić) zrozumieniem ludzi. Z wyrozumiałością. Jakby obraz był zmiękczony przez osobiste doznania.
    Natomiast mam może niesłuszne (ale mam) wrażenie, że zapuszczając się na tereny lekko lub bardziej obce, ta świeżość spojrzenia się nieco traci a teksty robią się mniej wyrozumiałe. Jakby gdy nie zmiękczone przez mniejsze osobiste doświadczenia Autorki, dawały mniej wyrozumiałe opinie, mniej nietypowe, bardziej „mainstreamowe”. Bardziej takie jak inne i bardziej wyprofilowane przez opinie innych, panujące w „tamtych” rejonach . Czyli te teksty na tematy dyslektyczne (czy ogólnie głęboko ludzkie) są wręcz urocze i mocno niebanalne. Jak ten obecny. Teksty o „sprawach wielkiego świata” czasami i nieco trącą dydaktyką. Są bardziej ostre, nauczycielskie, wymagające i z takimi właśnie prezentowanymi sądami o zalecanych postawach. Mniej mają tego osobistego doświadczenia, które zmiękcza spojrzenie Autorki i sądzę, że to ono wyróżnia na duży plus jej teksty. Co z tym zrobić? Po stronie czytelników… czekać na teksty bardziej osobiste. Po stronie Autorki… Zapewne przede wszystkim zastanowić się, czy uwierzyć, że może naprawdę tak jest, jak powyżej. I co z tym dalej… A to już sprawa dla Autorskiej głowy.

    Reply
  • Wrzesień 6, 2017 at 7:05 am
    Permalink

    Bardzo dziękuję za ten obszerny i pouczający komentarz. Tak rzadko mam okazję dowiedzieć się co inni naprawdę myślą o moim pisaniu.
    Po głębszym zastanowieniu muszę przyznać Czytelniczce/Czytelnikowi rację. Rzeczywiście może tak być, że gdy piszę o czymś bardzo mi bliskim, na przykład o dysleksji, czy ogólnie o pisaniu, bądź o problemach zwierząt i weganizmie, podchodzę do tematu inaczej niż analizując książki i filmy. Jest tak zapewne dlatego, że z jednej strony, zwyczajnie nie jestem zbyt sympatyczną czy ciepłą osobą i nie umiem zdobyć się na wyrozumiałość w kontakcie z wytworem kultury słabej jakości. Choć znów zabrzmi to sucho, uważam, że obecnie rozmywają się granice między tym co dobre i kiepskie, a wszystko zależy od udanej promocji, wobec której widzowie i czytelnicy są bezbronni. Moje ostre sądy to mój osobisty sposób bronienia się przed bylejakością.
    Oczywiście zupełnie inaczej wygląda to jeśli chodzi o mnie samą i sprawy mi bliskie. Tutaj mogę zdobyć się na ,,miękkość” i naiwną bezbośredniość, bo to w końcu chodzi o mnie samą :) A tak całkiem poważnie, to pisząc o mnie samej nie muszę się przejmować krytyką, tym, że ktoś mi zarzuci brak kompetencji czy zaleje hejtem w komentarzu. Stąd się pewno bierze ten luz. Przy tematach ,,mainstreamowych” nie mam tego komfortu.
    Cieszy mnie ogromnie to, że te moje teksty mimo wszystko spotykają się z ciepłym odbiorem. Gdybym wiedziała, że tak będzie, napisałabym wiele z nich lata temu.
    Pozdrawiam i zachęcam do dalszej lektury.

    Reply
  • Wrzesień 6, 2017 at 9:49 am
    Permalink

    „Sprawy bliskie” oznacza zapewne bliskie, ale przecież nie tylko teksty poza recenzjami. Recenzje też dotyczą filmów i książek o tematyce bliskiej lub dalszej. Bliskiej, gdzie Autorka ma różnorodne osobiste przeżycia, doświadczenia i związane z tym przemyślenia.

    Mógłbym tu dodać tytuły takich recenzji i jest ich wiele. Ostatnio choćby „GLOW”, „Mamy2mamy”, „Baby driver”, „American Honey”, „Geniusz” i inne (te akurat zapamiętałem). Czyli nie chodzi o to, że to podział na teksty poza recenzjami oraz recenzje, choć tak, dwa teksty o dysleksji są szczególnie osobiste i bardzo ciekawe, niebanalne.

    W ogóle plusy są szczególnie widoczne, gdy do głosu dochodzi niebanalność (w odróżnieniu od opinii „mainstreamu”), nietypowość i zmiękczenie spojrzenia (wysubtelnienie opinii, wrażliwość na niuanse i detale) przez zapewne własne doświadczenia. Można się domyślać, że to długo wypracowywane wewnętrzne opinie po długim czasie tworzenia wydostają się „na wierzch” do tekstów, jak wino do butelki i kieliszka po długim leżakowaniu w beczkach.

    A czy zauważanie detali i niuansów (też w ludzkich zachowaniach) to naiwność (jak pokornie czy skromnie pisze Autorka w odpowiedzi), czy przeciwnie, dojrzałość? I czy zmiękczenie opinii to już „miękkość”, czy może właśnie elastyczność? W obydwu pytaniach stawiałbym na te drugie możliwości.

    Do tego czy ta „ostrość” z cytatu: „Moje ostre sądy to mój osobisty sposób bronienia się przed bylejakością” ma dotyczyć braku niuansów (wszystko ma być białe lub czarne), czy też „odwagi” w głoszeniu własnych, niebanalnych poglądów? Tu też wolę to drugie.

    Jakiś czas temu znalazłem dowcipny cytat: „Dwudziestoletnia Emma zastanawia się, czy zaczyna się starzeć. Kiedyś szczyciła się swym radykalizmem i odmową poznawania argumentów drugiej strony. Teraz coraz wyraźniej dociera do niej, że sprawy są bardziej niejednoznaczne i skomplikowane, niż kiedyś myślała.” /David Nicholls „Jeden dzień”/

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *