J.G. Ballard, Wieżowiec (High-Rise)

Zasiadłam do czytania Wieżowca zaraz po powrocie z kina, żeby móc się zorientować o co w ogóle chodziło i co tak bardzo wymyka się ekranowej adaptacji. Naprawdę nie żałuję, gdyż powieść Ballarda pochodząca z lat 70. i opisująca w oryginalny sposób koniec XX wieku to jedna z najciekawszych dystopii jakie czytałam. Co prawda we współczesnej literaturze, a już wyjątkowo w produkcjach serialowych, ludzkość upada na wiele rozmaitych sposobów, nie będąc w stanie sprostać wymogom nowoczesności, to jednak w Wieżowcu ten upadek jest wyjątkowo spektakularny i plastyczny.

Betonowe zoo

W przeciwieństwie do poplątanej, nielogicznej, dramatycznej wersji kinowej, w powieści wszystko jest bardzo logicznie przedstawione. Może nas ta proza oburzać lub obrzydzać, ale na pewno nie zagubimy się tu w alegorycznym świecie sennych wizji i mętnych metafor. Co prawda z początku Robert Laing, młody wykładowca fizjologii, także wprowadza nas w ten świat, ale nie jest postacią tak dominującą jak w filmie. Wraz z tym mieszkańcem dwudziestego piątego piętra wieżowca przyszłości, poznajemy równolegle także zamieszkującego sam dół budynku pracującego w telewizji Richarda Wildera, a także architekta tego betonowego cudaka, Anthony’ego Royala, zajmującego piętro czterdzieste. Każdy z nich reprezentuje swoją warstwę społeczną, symbolizowaną przez zajmowany obszar wysokościowca. Akcja rozpoczyna się w momencie wprowadzenia się do budynku ostatniego z dwóch tysięcy lokatorów, co jest symbolicznym ukoronowaniem projektu. Podobnie jak Laing czy Wilder, inni blokowicze są także dobrze sytuowanymi przedstawicielami wolnych zawodów, dla których w nowej lokalizacji liczy się przede wszystkim komfort, funkcjonalność, estetyka i uszanowanie ich prywatności. Jak słusznie zauważa na początku Royal, blok (i jego kolejne powstające już obok kopie) jest pomyślany tak, by w nim jeść i spać, ale już raczej nie by się integrować z resztą ludzkości.

Nieoczekiwanie dla wszystkich, zasiedlenie ostatniego wolnego lokum staje się nie dopełnieniem projektu, lecz początkiem jego końca. Wraz z upływem kolejnych dni i tygodni, mieszkańcy licznych pięter stają się coraz bardziej brutalni i agresywni, nie tylko wobec siebie, ale i wobec budynku, który z każdą stroną wydaje się żywszy i realniejszy niż to przystoi zwykłemu blokowi. Mieszkańcy toczą coraz bardziej dekadenckie gry, imprezują tak, jakby świat miał się zaraz skończyć i toczą walki godne najbardziej krwawych wojen. Ludzie stają się coraz mniej ludzcy, a jednocześnie ich człowieczeństwo, wyzwolone z okowów cywilizacyjnych norm, staje się jakby prawdziwsze. Zarzucając moralność, normy higieniczne i zdrowotne, a nawet potrzebę poczucia bezpieczeństwa i jakąkolwiek logikę, lokatorzy osiągają pełnię szczęścia, której nie tłumi nawet świadomość, że mogą być za chwilę uduszeni w windzie czy podtopieni w basenie przez sąsiada. Obserwowanie tego procesu trzema różnymi parami oczu trzech bohaterów jest naprawdę ciekawe, zwłaszcza, że każdy z nich hoduje inną wersję tego szalonego powrotu do ery jaskiniowej.

Robiąc bliźnim krzywdę

Choć jest to proza dość wymagająca (choćby z tego względu, że większość tekstu stanowią drobiazgowe opisy zniszczeń w budynku, kolejnych napadów, gwałtów i śmierci, czyli po prostu następującego rozkładu) to naprawdę może wciągnąć i nieraz zaskoczyć czytelnika celnością obserwacji. Jestem pewna, że każdy, kto kiedykolwiek mieszkał w mniejszym lub większym bloku, choć raz pomyślał o tym, że ludzie w wielorodzinnych budynkach są jak hodowlane zwierzęta upchane w klatkach jedne na drugich. Za to nie każdy z nas wpadłby na porównanie wieżowca do zoo, w którym poszczególne okazy wymknęły się z klatek i szarżują. Najbardziej z licznych analogii, spodobała mi się wizja Royala, który siedząc na szczycie tego budynku, jest jakby jego umysłem, a reszta konstrukcji to jego ciało i emanacja jego woli.

Mniej skupiałam się podczas lektury na tym, co ta alegoria ma nam do powiedzenia o procesach społecznych (choć podoba mi się teoria mówiąca, że przemoc jest remedium na granice, normy i zakazy, jakie lokatorzy sobie stworzyli), a bardziej pochłonęły mnie kolejne opisy budynku, jako żywego organizmu, w którym windy i zsypy reprezentują układ krwionośny, a penthouse mózg. No i te opisy zniszczenia! To piękno szczytowego stadium dekadencji, od którego trudno się oderwać. Podczas lektury sama czułam się jakby wciągnięta do świata walki o ogień, w którym trzeba budować barykady, znaczyć moczem swoje terytorium i chronić bezbronne kobiety (bezbronnością dzieci i zwierząt Ballard jakby mniej się przejmuje). Wbrew moim oczekiwaniom, okazało się to wszystko bardzo oczyszczające. Choć nie zawsze rozumiałam bohaterów tej książki, to jestem w stanie pojąć ich dziwne gry sprowadzające się do rytualnej plemiennej przemocy. Zamiast gustownych mieszkań, jaskinie ludzi pierwotnych. Zamiast drogich garniturków młodych profesjonalistów, barwy wojenne na przeoranej bliznami skórze brudnych golasów. To naprawdę wyzwalające!

Na koniec muszę jeszcze dodać moje zdziwienie tym, że Ballard jest pisarzem tak sprawnym, iż potrafi nawet sterty trupów, kazirodztwo, gwałt czy spożywanie domowych pupili, opisać w taki sposób, który nie jest odstręczający, a wręcz hipnotyzujący. Naprawdę nie dziwię się bohaterom, że woleli tę kilkumiesięczną zabawę zatrzymać dla siebie i trzymali ją w tajemnicy przed całym światem. Wielka szkoda, że w filmie nie udało się odtworzyć tego efektu. Jako nastawiona anarchistycznie do świata zwolenniczka bardziej fizycznych, przemocowych rozwiązań, jestem prozą Ballarda zachwycona, a jego pozostałe książki dodam na pewno do listy lektur czekających na mnie w najbliższej przyszłości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *