Dead Like Me (Trup jak ja)

Dead-like-meBędzie to wpis okazjonalny, na okoliczność Wszystkich Świętych, mojego ulubionego święta w całym roku. Z okazji rozpalania zniczyków na cmentarzach i drążenia dyniek, zachęcam do umilenia sobie czasu dla odmiany czymś innym niż tradycyjnie puszczani w telewizji pierwszego listopada Chłopi, czy ewentualnie coś z ekranizacji Trylogii Sienkiewicza (zwykle jest to Potop). Moim zdaniem na cmentarne smutki najlepszy jest serial Dead Like Me, który z ironią, humorem i dystansem opisuje przebieg rzeczy ostatecznych w ludzkim życiu i po życiu.


Główną bohaterką tej serii jest nastoletnia Georgia Lass (Ellen Muth), która ewidentnie cierpi na jakąś odmianę depresji, a do tego jest ogólnie zgorzkniała i rozczarowana światem. Szczególnie działają jej na nerwy rodzice. Tatuś jest typowym wystraszonym pantoflarzem, zdradzającym żonę, a mamusia to control freak, w dodatku opanowany przez narastający gniew i frustrację oraz potrzebę kompulsywnego sprzątania. Normalnie typowa amerykańska rodzinka.

Po skończeniu szkoły i rezygnacji z koledżu Georgia podejmuje bardzo nudną pracę biurową, która jednak nie trwa długo. Pierwsza przerwa na lunch kończy się trafieniem dziewczyny przez spadającą z nieba deskę klozetową, która odpadła ze stacji kosmicznej. Oczywiście trup na miejscu i zaczyna się prawdziwa akcja. George zamiast grzecznie przenieść się w zaświaty, zostaje asystentem śmierci, Ponurym Żniwiarzem, by wraz z trójką współpracowników pomagać ludziom w nagłym i niespodziewanym przejściu na tamtą stronę.

Najlepsze w tym serialu jest to, że Georgia stając się posłańcem śmierci, wcale nie przestała być opętaną negatywnymi emocjami nastolatką. Bardzo odpowiada mi jej rodzaj poczucia humoru. Dziewczyna nie oszczędza nikogo włącznie z sobą. Do tego wciąż utrzymuje kontakt z rodziną, którą obserwuje, a nawet odwiedza. Dzięki temu widzimy jak przebiegają kolejne procesy żałoby po obu stronach życiowej barykady.

Mimo iż Dead Like Me to serial fantasy, to jest w nim wiele bardzo poważnych, a nawet wzruszających momentów. Postaci (żywe i martwe) dojrzewają z każdym odcinkiem, przez co można czasem odnieść wrażenie, że śmierć bliskich lub ich samych to najlepsza rzecz jak ich w życiu spotkała.

Oglądam Żniwiarzy nie tylko w okolicy Święta Zmarłych, ale przez cały rok. Ten serial jest świetny zwłaszcza jako tło porannych posiłków, ponieważ większość spotkań zmarłych odbywa się o świcie w restauracji specjalizującej się w niemieckiej kuchni. Przez większość czasu widzimy więc czwórkę sympatycznych zmarłych ludzi w ciele innych ludzi, którzy przy pierwszych promieniach słońca spożywają smakowite gofry, bekon i placki. Do tego zdjęcia są tak ładnie skomponowane, że tworzy się specyficzny klimat, pozwalający zapomnieć zupełnie, że oto sprawy ostateczne czają się tuż za rogiem.

Ostatnim polskim serialem, który w podobnie śmieszny i interesujący sposób pokazywał przenikanie się świata duchów i ludzi był chyba zapomniany już dziś Bank nie z tej ziemi (jeśli nie widzieliście, obejrzyjcie koniecznie). Nie wiedzieć czemu, Amerykanie mają jakoś więcej dystansu do spraw wiary i umierania.

Jeżeli jednak nie pasuje wam lekki ton narracji pozagrobowej jaki reprezentuje Dead Like Me to zachęcam do pójścia w klasykę, czyli Dziady. Z jednej strony, głupio się przyznać do czytania wieszcza (czy oglądania Lawy Konwickiego), bo to takie pretensjonalne, ale z drugiej strony słyszałam niedawno, że taka tendencja cmentarno-narodowa dobrze się wpisuje w hipsterski styl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *