Upstream Color

Dobrze jest czasem obejrzeć coś niskonakładowego, ambitnego, artystycznego, nieoczywistego, ale gdy to coś jest wprost nieznośnie irytujące, niezrozumiałe, a momentami wręcz kretyńsko śmieszne, nie ma co się łudzić, że to tak miało być, że jest tak głęboko, że jesteśmy za głupi by zrozumieć. W takich wypadkach należy niezwłocznie wyłączyć ekran lub wyjść z kina, bo prawdopodobnie gapimy się na jakiś nadęty kicz. Niestety, niby o tym wiem, ale wciąż mam problem z tą zasadą. Zawsze staram się dać filmom druga szansę. Upstream Color, mimo kilkukrotnego wyłączania, również dostał taką szansę i zmęczyłam go do końca. Zapewniam, że nie było warto.

Bardzo chciałabym w tym miejscu, jak to zwykle robię, napisać w kilku słowach o czym w ogóle jest ten film. Tym razem jednak sama nie jestem pewna, więc mogę jedynie snuć mętne przypuszczenia, ponieważ forma dzieła (,,poetycka”, ,,wyrafinowana”) skutecznie utrudnia widzom dotarcie do sedna sprawy. Wszystko zaczyna się od podejrzanego typa, który odkrył w doniczkach z kwiatkami małe, pełzające robaczki (zupełnie takie jakie po kilku dniach pojawiają się na zwłokach). Robaczki, po zalaniu wodą, wydzielają niebieską, silnie narkotyczną substancję. Jeszcze ciekawiej jest gdy się takie żyjątko połknie w tabletce, co przydarza się niejakiej Kris (Amy Seimetz), zdaje się głównej bohaterce tego filmowego cudaka. Po zażyciu robala, Kris zupełnie traci kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, i to na całkiem długo. Przez kilka dni jest marionetką w rękach alchemika-złodzieja-dilera, który skutecznie okrada ją ze wszystkiego co młoda kobieta posiada. Potem jest seria niezrozumiałych sekwencji ze sporym udziałem świń (serio!) i związek małżeński, również z byłym narkomanem Jeffem (Shane Carruth). Oboje mają poważne problemy z głową, ale ona większe, zatem wspólnie próbują dociec źródła jej przeogromnej paranoi. Proces dociekania prawdy jest przebogaty w kolory (zwłaszcza żółty i niebieski), ale bardzo ubogi w słowa czy jakąkolwiek logikę. Jest tu także wiele ujęć z prosiaczkowej zagrody, a także scen obrazujących proces twórczy DJ-świniopasa.

Ja rozumiem, że artyzm, dziwność i te sprawy, ale ktoś się chyba nieco zagalopował. Przy odrobinie rozsądku i nieco bardziej ,,przyziemnego” podejścia mogło wyjść z tego naprawdę coś ciekawego (na przykład opowieść o kole życia natury, przenikaniu się żywiołów, karmie czy zbiorowej podświadomości), ale nic z tego. Dostajemy dużo cytatów z Waldena Thoreau i dość obrzydliwe i mało prawdopodobne wizje zapewne nielegalnych praktyk weterynaryjno-chirurgicznych. Normalnie broniłabym ze wszystkich sił filmu, który (chyba) ma ekologiczno-psychologiczne przesłanie, a w dodatku w wyjątkowo ciepły i sympatyczny sposób pokazuje życie świń (które są cudownymi i inteligentnymi zwierzakami). Niestety nawet moja psychika ma jakieś granice absurdu, które przekroczył właśnie wczoraj film Upstream Color.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *