House of Lies

Kłamstwa na sprzedażProdukcja ta ma wiele wspólnego z kasowym przebojem Suits. W obu przypadkach mamy do czynienia ze sterylnym światem wielkich amerykańskich korporacji, którym doradzają błyskotliwi prawnicy. Jednak przy tym, co się dzieje w House of Lies (w polskim tłumaczeniu Kłamstwa na sprzedaż! No dajcie spokój!) Suits to spokojna dobranocka dla grzecznych dzieci. Ten serial wprost ocieka seksem, przemocom i cynizmem, pokazując, że są to jedyne skuteczne narzędzia w walce o władzę i pieniądze w świecie korporacyjnych drapieżników.

A o czym to w ogóle jest? Marty Kaan i jego trzyosobowy zespół latają sobie po całych Stanach doradzając wielkim firmom w sprawach zarządzania. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja, jaką wciskają biednym klientom. Najczęściej jednak wcale nie troszczą się o dobro klientów, ale o własne osobiste korzyści i porachunki, które zawsze załatwiają ciosami poniżej pasa. Ich taktyka jest prosta. Najpierw trzeba biednych prezesów, którzy i tak nie wiedzą, co robić z kasą, okłamać w jak wielkich tarapatach jest (albo zaraz będzie) ich firma, po czym subtelnie, acz stanowczo oferują pomocną dłoń w wypiciu piwa, które wcześniej sami nawarzyli.

Główną atrakcją serialu jest oczywiście superinteligentny i średnio przystojny Marty Kaan, który w sprawach zawodowych jest praktycznie niepokonany. Jego ostry jak brzytwa umysł i doświadczenie w prawnych machlojkach, pomagają mu skutecznie w wyjściu z każdych tarapatów. Gdyby jednak wszystko się temu łotrowi udawało, nikt by nie chciał go oglądać. Na co panu kolejny pan idealny, skoro telewizja ma już jednego Harveya Spectora. Dzięki House of Lies możemy radować się widokiem całych serii osobistych katastrof tego człowieka sukcesu, któremu życie się wali na głowę. Nie dość, że rozwiódł się z żoną (wiedźmą-nimfomanką), to jeszcze musi mieszkać ze starym i schorowanym ojcem oraz opiekować się nastoletnim synem, najprawdopodobniej transwestytą. W dodatku Kaan ma poważne problemy z uzależnieniem od seksu oraz wszelkich używek jakie wymyślono. Pikanterii całości dodaje jego niepohamowany temperament, złośliwość, cynizm i dość wulgarne poczucie humoru. No i czego tu nie lubić. Marty Kaan jest po prostu niczym czarnoskóry doktor House, gdy ma zły dzień.

I to naprawdę nic nie szkodzi drodzy widzowie, że pogubicie się w zawiłościach prawnych większości spraw prowadzonych przez przedsiębiorczych doradców do spraw zarządzania. Wynagrodzi wam to z nawiązką monolog jaki, co jakiś czas wypowiada do was główny bohater komentując swoje posunięcia, podczas gdy reszta świata zamarła w bezruchu. Świetny zabieg, który zgapili i udoskonalili twórcy House of Cards.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *