Królowa pustyni

Cuda wianki się dzieją w tym filmie, a największym cudem jest zdecydowanie magiczny powrót Nicole Kidman (lat 48) do grania panny na wydaniu. Aktorka grała to samo już 20 lat temu w niesamowitym filmie Jane Campion Portret damy, w którym była rewelacyjna. Cóż, zapewne pomyślała, że jak wtedy wyszło, to dlaczego nie teraz. Niestety, rola u Campion była nie tylko wiele lat, ale i wiele zastrzyków z botoksu i wypełniaczy temu. Starzejąca się niegodnie Kidman ze spuchniętym obliczem, to nie jest miły widok (aktorka zniszczyła swoje bezcenne narzędzie pracy). Pamiętacie o tym wybierając się na seans, gdyż film trwa bite dwie godziny (dłuuugie, piaszczyste i nudne), a ona jest na ekranie cały czas. Egzaltowane dyrdymały jakie opowiada nam z offu jej bohaterka też nie pomagają, a jeśli nawet i to zniesiecie, to dobiją was wątki romansowe. Mnie nikt nie ostrzegł, ale może was się jeszcze da uratować przed tym koszmarkiem.

Nikola pisze pamiętnik

Z początku ma się wrażenie, że ogląda się taki sobie melodramat. Przyszła wielka podróżniczka, pisarka, pani archeolog, polityk i szpieg, jest na razie londyńską debiutantką, której nie podoba się żaden kandydat do jej ręki. Rodzice żałują, że za dobrze ją wykształcili, przez co Gertruda odstrasza amantów zbytnią inteligencją i nazbyt wolnym duchem, a ona sama narzeka, że czuje się udomowiona (z grymasu jaki maluje się na jej opuchniętej twarzy możemy wnioskować, że to bardzo źle). Wreszcie udaje się pannicy wyrwać na Bliski Wschód, czyli tam, gdzie czuje się najlepiej. W brytyjskim konsulacie, przebywając pod opieką wujostwa, Gertura poznaje swoją pierwszą wielką miłość, Henry’ego Cadogana, który jest idealnym partnerem do nauki starożytnych języków, czytania poezji i zwiedzania romantycznych ruin. Niestety, gdy tatuś Bell nie zgadza się na ślub, a Henry ginie w dramatycznych okolicznościach, Gertrude postanawia oddać serce piaskom pustyni, co też czyni przez najbliższe lata. Zamiast kochać jednego mężczyznę, obdarza uczuciem pustynne plemiona i ich pradawną kulturę. Kidman co chwila powtarza za co kocha tych smagłych wielbłądzich jeźdźców, ale może ja wam tego już oszczędzę.

W miarę jak fabuła się rozwijała, czułam, że zupełnie tracę łączność z główną bohaterkę. Niby śledzę jej kolejne podróże (schemat ,,ruszam pomimo przeciwności, oczarowuję mężczyzn, co wybawia mnie z tarapatów, i wracam w chwale”), ale zupełnie nie rozumiem jej motywacji. Zresztą nie tylko Gertie, ale i pozostali bohaterowie nie mają jakby żadnych konkretnych cech charakteru, brak im głębi i spójności. No i naprawdę nie pomaga to bredzenie. Nie dość, że panna Bell co chwila tłumaczy, czyta i cytuje starożytną poezję pustyni, to jeszcze pisze pamiętniczek (pisze nawet jadąc na wielbłądzie, prekursorka blogerek podróżniczych). Niemal spadłam z fotela gdy pierwszy raz usłyszałam jak Kidman mówi ,,Drogi pamiętniku”. Wprost nie mogłam uwierzyć, że ona tak na poważnie. Jeszcze większym zdziwieniem było oryginalne filmowanie Kidman kolubryny z dołu, przez co nie tylko jej wzrost wydawał się monstrualny, ale i biust przeobfity. Czyżby ktoś ośmieszał ją specjalnie?

Bladziochy na pustyni

Z jednej strony bardzo chciałam móc wczuć się w pustynną atmosferę filmu, zwłaszcza, że zdjęcia takie ładne, a tło polityczne bardzo aktualne, a z drugiej wszelka logika i rozsądek podpowiadały, że to jakaś żałosna parodia i chyba nikt nie potraktuje tego filmu poważnie. Gertruda ciska złotymi myślami jak jakiś Coelho (do Alchemika pasują plenery), a kolejni absztyfikanci wyskakują ni z gruchy, ni z pietruchy z kolejnymi wyznaniami miłosnymi. Nielogiczne jest także to, z jaką łatwością Bell przemierza setki piaszczystych kilometrów (po co?), zachowując przy tym nieskazitelnie białą cerę i idealnie pofarbowane odrosty, a nerwowi, narwani, strzelający do wszystkiego co żywe szejkowie, miękną i zamieniają się w owieczki, gdy tylko podróżniczka na nich spojrzy.

Męska obsada to już osobny temat. O ile na Franco czy Lewisa (moim zdaniem bardzo dobrze się prezentujących w roli przedwojennych galantów) naprawdę warto iść, gdyż poza wielbłądami są chyba jedyną ozdobą tego filmu, o tyle udziału Pattinsona zupełnie nie rozumiem. Aktor wygląda tak, jakby było mu niedobrze (od czasów Zmierzchu niewiele się zmieniło) i widać, że jest graniem bardzo skrępowany. Duet Pattinson/Kidman to zjawisko, którego wolałabym już nigdy więcej nie oglądać. Kto już widział, ten zrozumie:)

Jedynym, co mogłoby jeszcze uratować ten obraz w oczach widzów i krytyków, byłoby obwieszczenie przez Herzoga, że tak naprawdę stworzył dla nas komedię. Wtedy Kidman udająca córkę aktorów, z którymi pewno chodziła do klasy, a także te wszystkie egzaltowane zapisy w pamiętniczku, miałyby jakiś sens (ludyczny). Tak się chyba jednak już nie stanie.

Jeśli nie straszne wam pensjonarskie rozważania wypowiadane przez niegdyś wielką aktorkę, która teraz walczy o każde drgnięcie mięśni twarzy; jeśli jesteście gotowi nie doszukiwać się logiki w takich zdarzeniach jak samobójstwo spowodowane posłuszeństwem ojcu, który jednak nie ma za wiele do powiedzenie gdy córuś jedzie sama do dzikich Arabów, to spokojnie możecie iść podrzemać na tym filmie. Wszystkim innym Królową pustyni serdecznie odradzam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *