Po roku w górach

Za chwilkę minie rok od momentu jak spakowaliśmy cały dobytek do jednego dostawczaka i szybkim kursem ze Szczecina do Mostowic w Sudetach dokonaliśmy naszej wymarzonej przeprowadzki w góry. Nie pisałam o tym wcześniej (bo w sumie to chyba tylko dla nas i najbliższych było interesujące), ale zaraz po zasiedleniu się na wymierającej wiosce sąsiadującej z Czechami, okazało się, że czekają nas jeszcze większe życiowe zmiany. Będzie to zatem nie tylko tekst o tym jak się ciepluchom mieszczuchom mieszka w spartańskich górskich warunkach, ale także o tym jak wygląda ciąża i wychowywanie bobasa w lokalizacji oddalonej od większych ludzkich siedzib, w której przez pół roku śnieg sprawia, że zwykłe codzienne czynności urastają do rangi epickich osiągnięć.

Zmiany, zmiany…

Podstawową zmianą w naszym dotychczasowym życiu była konieczność zmierzenia się z dojazdami. Do najbliższego miasta, w którym możemy cokolwiek załatwić mamy 20 minut krętych leśnych dróg, co nie wydaje się trudne, no chyba, że jest upał, co chwila wyskakują pod koła jelenie i wiewióry, a ty akurat jesteś ciężarną, której paskudne mdłości dokuczają od początku do samego końca. Oj, ciężko było przez pierwsze miesiące wybrać się choćby po podstawowe zakupy. No i z upragnionymi leśnymi spacerami mogłam się przez rok pożegnać. Nie wiem dlaczego, ale jakimś cudem ominęła mnie informacja, że nosząc w sobie dziecko, nabywamy także specjalnych mocy, z których najważniejszy jest węch tak ostry, jak u myśliwskiego psa, zatem przekroczenie progu domu, a nawet zejście do salonu z intensywnie woniejącym kominkiem, jest praktycznie torturą. I tyle jeśli chodzi o podziwianie górskich plenerów.

Kolejną niespodzianką okazały się remonty, które nie mogły czekać. Zamiast napawać się błogosławionym stanem, przeżywałam nerwy związane z wymianą okien (w potężną śnieżycę) oraz remont kuchni (ach ten kurz z gładzi i odór farb, na pewno dobrze działają na dziecko). Nie dziwi zatem fakt, że moja aktywność na blogu zamarła w ostatnim roku, skoro miałam aż tyle innych atrakcji.

Oczywiście największą trudnością był śnieg. Białe paskudztwo spadło na nas w takich ilościach, że przez ostatnie trzy miesiące ciąży praktycznie nie wychodziłam z domu, bo jakbym już wpadła w zaspę, to znaleźliby mnie w maju. Zasypane okna, lawiny sunące z dachu i sople czające się nad wyjściem z domu, to był mój niemal jedyny kontakt z zimowym krajobrazem. Niemal, bo nie zapominajmy, że przecież trzeba jeździć do lekarzy.

W niewoli służby zdrowia

Dziś przyznaję, że planowanie dziecka, równolegle z przeprowadzką do tak odległego miejsca, nie było moim najlepszym pomysłem. Może powinnam się lepiej zastanowić nim się teleportowałam do wioski, do której moi rodzice czy ktokolwiek znajomy, może dojechać w sześć do ośmiu godzin, zimą narażając się na lądowanie w rowie. Ciąża z komplikacjami to coś, co ciężko unieść tylko we dwoje, a jeszcze ciężej gdy się jest w miejscu, w którym służba zdrowia, delikatnie rzecz ujmując, pozostawia wiele do życzenia. Od roku przynajmniej raz w tygodniu muszę zjeżdżać do naszej szemranej prywatnej przychodni, gdzie pobrano ode mnie już tyle próbek, że powinnam dostać odznakę honorowego krwiodawcy. Szokiem było już to, że wszyscy lekarze i pielęgniarki są obcy, funkcjonują zupełnie inaczej niż ci, do których przywykłam i nic sobie nie robią z tego, że ich niby standardowe procedury stresują mnie do granic możliwości. Och, gdybym wtedy wiedziała, że dojazdy z mdłościami to ta lżejsza część :)

Po zderzeniu z rzeczywistością szpitalną, cesarką i powracaniem do zdrowia połączonym z opieką nad noworodkiem bez jakiejkolwiek pomocy, wiedziałam już, że popełniłam największy błąd w swoim życiu. Jakoś człowiek z góry zakłada, że wszystko będzie dobrze, a potem psuje się wszystko, co może się popsuć. Oprócz moich kłopotów zdrowotnych, które się nasiliły po ciąży, doszły sprawy nowego członka rodziny, czyli Marianny, urodzonej z asymetrią, która wymaga rehabilitacji trzy razy w tygodniu. Nadal zatem dojeżdżamy zamiast cieszyć się piękną górską wiosną zamieniającą się w lato.

I chciałoby się napisać, że mimo wszystko warto było, na pewno tak jest, tylko nie bardzo pamiętam dlaczego, szczególnie w tych rzadkich chwilach, gdy mam czas na wyjście z dzieckiem na spacer, a raczej przeprawę po wertepach doprowadzającą mnie za każdym razem do dzikiej furii. Mając dziecko, którego nie wolno ładować do nosidła czy chusty, człowiek zaczyna doceniać miejskie chodniki, nawet jeśli ceną tych spacerów, byłoby wdychanie smogu. Często sobie myślę, że tu prędzej stres mnie wykończy niż zrobiłoby to miejskie powietrze.

Zeżrą nas ślimaki i kleszcze

Teraz będzie fragment pełen grozy. Co tam dzikie bestie, typu wilki grasujące w okolicy. Nic sobie nie robimy też z niszczących wszelkie nasadzenia jeleni czy wszechobecnych węży. Nie boję się nawet konia, który wpada na samochody. Strachem jednak największym napawają mnie kleszcze, których tuż za progiem mamy zatrzęsienie. Nie wierzę już w teorie mówiące, że jest ich tyle, bo zimy są za ciepłe. My tu mieliśmy nawet dwadzieścia dwa stopnie na minusie, a i tak pajęczaki przeżyły i mają się doskonale. Są małe i duże, brązowe i czarne, łąkowe i te polujące w lasach. Przenoszą je ptaki i liczne gryzonie, a nasz pies ochoczo transportuje je do domu, na nasze łóżka i fotele. No i może was nie przeraża wizja boreliozy czy zapalenia opon mózgowych, ale hej, może też macie lekarza rodzinnego, który nie szuka w Wikipedii co też może wam być :) Szczęściarze!

Osobną kwestią jest to, jak wielki dyskomfort mamy w związku z inwazją winniczków. Te wielkie, mięsiste, pręgowane potwory (pojedynczo bardzo przyjemne dla oka), włażą pod nogi i nie zawsze udaje im się uniknąć kolizji z ludzką stopą. Ich widok na jezdni także nie napawa optymizmem. Nasz smutek w związku z tym jest o tyle głęboki, że w końcu winniczek to prawie Mielniczek, czyli praktycznie rodzina. No i gdybym marzyła o zasadzeniu czegokolwiek przed domem, to jedno spojrzenie na ślimaczą kolonię odwiedzie mnie skutecznie od tego pomysłu.

Mostowice

Są też pozytywy

Tym największym jest oczywiście to, że mamy Mariankę. Okazuje się, że nawet jeśli nie lubi się dzieci, to ze swoim własnym można się zaprzyjaźnić ;) Bardzo pomocne jest oczywiście to, że jest moim i mojej mamy klonem, co powoduje masę komicznych sytuacji. Gdyby nie to, że rok temu podjęliśmy decyzję o przeprowadzce w góry i byciu zwyczajnie szczęśliwymi ludźmi, nie byłoby małej facetki.

Wielkim pozytywem jest też na pewno nadzieja na to, że gdy tylko wyrwiemy się ze szponów tutejszej służby zdrowia, nieco odetchniemy i będziemy mogli napawać się wreszcie życiem w małym domku w górach. No i zaskoczyliśmy samych siebie, decydując się (wbrew naszej woli z początku) na poważne remonty. Wcześniej nienawidziłam wszelkich prac remontowych, a teraz życie przy akompaniamencie młotka i piły stało się moją codziennością. Dzięki temu zawilgocony, zapuszczony i gnijący dom pająków, może się przeobrazić w coś całkiem komfortowego. Cud, po roku mamy wreszcie normalną ciepłą wodę, więc teraz już wszystko jest możliwe.

Na koniec pozytyw blogowy, czyli znowu zmiany. Ogarnęłam się wreszcie na tyle, by myśleć o przerobieniu bloga z recenzjami, na coś o bardziej różnorodnej tematyce, co, mam wrażenie byłoby przez was chętniej czytane, a na pewno przeze mnie chętniej tworzone. Jeszcze tylko chwilkę się podreperuję, chwilkę podleczę co trzeba podleczyć, i wracam z nową energią.

7 myśli na temat “Po roku w górach

  • Czerwiec 3, 2019 o 9:46 pm
    Permalink

    Gratulacje i dużo zdrówka dla całej rodzinki! Nie mogę doczekać się nowych postów

    Odpowiedz
    • Czerwiec 11, 2019 o 3:38 pm
      Permalink

      Dziękujemy :) Nowości już wkrótce, jak tylko szefowa da trochę odpocząć ;)

      Odpowiedz
    • Czerwiec 19, 2019 o 12:25 am
      Permalink

      Cześć! Tak się domyślałem, że dopadł Cię kryzys poprzeprowadzkowy… Gratulacje, jesteś dzielna i twarda. Najgorsze za Tobą. Tymczasem w Szczecinie korki nawet w tak dziwnych miejscach jak Wilcza, Łukasińskiego, Duńska albo 5Lipca. Upał. Tłumy na bulwarach. Zaparkowanie w Kaskadzie niemożliwe… Spacery w 30stopnach, smogu i duchocie? Zapomnij…

      Odpowiedz
  • Czerwiec 19, 2019 o 12:25 am
    Permalink

    Cześć! Tak się domyślałem, że dopadł Cię kryzys poprzeprowadzkowy… Gratulacje, jesteś dzielna i twarda. Najgorsze za Tobą. Tymczasem w Szczecinie korki nawet w tak dziwnych miejscach jak Wilcza, Łukasińskiego, Duńska albo 5Lipca. Upał. Tłumy na bulwarach. Zaparkowanie w Kaskadzie niemożliwe… Spacery w 30stopnach, smogu i duchocie? Zapomnij…

    Odpowiedz
    • Czerwiec 19, 2019 o 10:41 am
      Permalink

      Oj korki! No nie kuś. Nawet za korkami tęsknię po roku wpatrywania się w górsko-leśny horyzont :) Najbliższe temu, co mogłabym zobaczyć, to chyba byłaby kraksa jelenia z zającem na naszej jedynej drodze, albo jak kombajn konia przyhamuje :)
      U nas też niestety gorąco, co jest ciekawą odmianą po zimowych rewelacjach, podczas których czułam się jak DiCaprio w Zjawie. Człowiek naprawdę może zatęksnić za miastem, gdy trzeba jeszcze w maju palić w kominku :/ No a gdy się przestaje palić, trzeba się zatroszczyć o drewno na kolejną zimę, czyli drwalimy na całego. Ale powoli wychodzę z kryzysu przeprowadzkowego. Nie jest źle, szczególnie gdy się doceni możliwość ganiania w piżamie po własnym podwórku, albo oglądania filmów tak głośno, jak się chce, bez troski o dobre samopoczucie sąsiadów. Tylko te kleszcze…
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Odpowiedz
  • Sierpień 15, 2019 o 9:51 am
    Permalink

    Też żałuję. No ale jak już coś napiszę, to będzie epickie :)

    A poważnie, to na razie mam ciągle ręce zajęte przez małą szefową. Jeśli przypadkiem wiesz, co zrobić by półroczny rzep pozwolił rodzicielce na chwilę z laptopem, to każda wskazówka będzie mile widziana. Póki co, obsesyjnie myślę o żłobku z internatem :)

    Pozdrawiam serdecznie wytrwałego czytelnika

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *