O strajku nauczycieli, czyli dlaczego nie życzę tej pracy najgorszemu wrogowi

Choć absolutnie nie mam na to ani czasu, ani energii, postanowiłam przerwać moje macierzyńskie wywczasy, by napisać kilka słów o tym, jak bardzo nauczycielom należy się to, o co strajkują. Pominę może oburzenie tym, jak zmanipulowano narracją nad bieżącą sytuacją w szkołach i przedszkolach, te wszystkie pomysły z braniem uczniów na zakładników i zawieszaniem strajku na czas egzaminów (bo po to się strajkuje, żeby zabolało, a nie, żeby wszystkim było wygodnie) i przejdę od razu do tego, dlaczego nauczanie to, moim zdaniem, najtrudniejsza i najbardziej niewdzięczna robota na świecie, za którą należy się godziwe wynagrodzenie.

Byłam nauczycielką polskiego przez pięć lat, zaraz po studiach, i to były najgorsze lata mojego życia. Szkoła, do której trafiłam, nie była już szkołą o jakiej marzyłam wybierając ten zawód, ani taką, do której sama chodziłam. To był pokaleczony przez reformy twór, z którym ani uczniowie, ani nauczyciele nie chcieli się identyfikować. Jednym słowem chaos. Dałoby się to wszystko wytrzymać, gdyby nie przede wszystkim ciągłe zmiany. Zmiany w maturach, zmiany w podstawach programowych, co roku nowe podręczniki, co tydzień rady pedagogiczne w związku z ciągłymi zmianami, a na koniec najlepsze, czyli robienie z siebie debila podczas prób wytłumaczenia tego wszystkiego uczniom. Masakra.

Ciągły niedoczas to kolejna zmora nauczania. Nie ma czasu nie tylko na realizację przeładowanego programu, ale nawet na zajęcie się podstawowymi potrzebami fizjologicznymi. Pracę nauczycielską do dziś kojarzę głównie z głodem i niemożnością skorzystania z toalety, bo przez ciągłe dyżury i zebrania na przerwach nie było czasu jeść, pić czy siusiać. Pamiętam jak mnie krew zalewała, gdy musiałam albo stać na korytarzu i pilnować by moi uczniowie, często pełnoletni już ludzie, nie zrobili sobie krzywdy, albo też ganiać tych samych dorosłych osobników, palących papierosy pod szkołą. Średnia przyjemność. 

Stres jednak to jest to, co dobija najbardziej. Wszystkie te wolne dni, których tak zazdrości reszta społeczeństwa, szły u mnie na dochodzenie do siebie z czegoś, co bardzo przypomina zespół stresu pourazowego. Przypominam to sobie i gotuję się w środku gdy słyszę polityków proszących nauczycieli by pomyśleli o dobru uczniów.  A kiedy to uczniowie i ich rodzice pomyśleli o dobru nauczycieli? Totalna dzicz na lekcjach, bezczelne odzywki, wykłócanie się o wszystko, wagary na taką skalę, że ciężko nawet przeprowadzić sprawdzian dla całej klasy. Do tego dodajcie uczniów nietrzeźwych, dochodzących do siebie po weekendzie, przysypiających na ławkach, którym nic nie można zrobić, broń Boże postawić jedynki czy wlepić uwagi, bo potem nauczyciel ma więcej problemów niż taki uczeń. Bezsilność i stres! Ich źródłem są oczywiście też rodzice. Nie pojawiają się na wywiadówkach, nie odbierają telefonów, ale za to anonimowo donoszą dyrekcji lub wykłócają się w czerwcu. Oczywiście system jest pomyślany tak, że to oni zawsze mają rację.

Jest wiele innych spraw, które także są denerwujące i które trzeba natychmiast zmienić. Nie może być tak, że nauczycielom nie płaci się za te godziny rad pedagogicznych, całe dni na wycieczkach szkolnych i różnych imprezach okolicznościowych, za weekendy stracone nad poprawianiem sprawdzianów, próbnych matur i na wypełnianiu dokumentów. To jakieś niewolnictwo, nie praca. Z drugiej jednak strony muszę zaznaczyć, że nauczycieli traktuje się źle, bo sami na to pozwalali przez lata. Wkurza mnie do nieprzytomności to, że pedagog zawsze wybaczy, poświęci się, da kolejna szansę, ugodowo zejdzie z drogi i kosztem czasu dla własnej rodziny zrobi co się od niego chce. Sama byłam takim kimś, kończącym kolejne studia za własne pieniądze i spędzającym każdą niedzielę na poprawianiu testów, które moi uczniowie wyrzucali do kosza lub oddawali z serią wulgarnych komentarzy i rysunków. Nie dziwcie się proszę, że wśród nauczycieli jest tylu alkoholików i chorych psychicznie. Większość rodziców też świruje i to po jednym dniu spędzonym z własnymi bezstresowo wychowanymi pociechami.

Ja sama pewno nie byłam dobrym nauczycielem, ale znam wiele osób, które ten zawód wykonują z autentycznego powołania i nawet one mówią, że nie dają rady, że trzeba uciekać, że taką robotę powinni wykonywać więźniowie za karę, totalni zwyrole, a nie kulturalni ludzie po studiach. Mam nadzieję, że nauczyciele się nie dadzą. Bez rad kwalifikacyjnych, bez wystawiania ocen, bez osób gotowych sprawdzać egzaminy, matury się nie odbędą, a wtedy nie będzie już można tego problemu ignorować. 

PS. By oszczędzić Wam drastycznych szczegółów, opisałam tylko wrażenia ze szkoły ponadgimanzjalnej. O tym co się działo w gimnazjum i podstawówce nie jestem jeszcze gotowa pisać, taka to trauma. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *