Artyści i Belfer, czyli kolejne jesienne podejście do polskich seriali

Do obu seriali zasiadłam po dokładnym rozeznaniu w temacie, oba były zachwalane i polecane jako najlepsze, co obecnie polska telewizja ma nam do zaoferowania, a w dodatku oba uchodzą za ambitne. Niestety, tylko jedną z tych produkcji da się oglądać bez zgrzytania zębami i poczucia obciachu, i niestety, nie jest to Belfer.

Artyści

Serial znanego duetu teatralnego, czyli Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, to oryginalna odpowiedź na uwikłanie kultury wysokiej w politykę, jakiego obecnie jesteśmy świadkami. Zaczyna się dość szokująco, bo od samobójczej śmierci starego dyrektora fikcyjnego Teatru Popularnego w Warszawie, na którego miejsce zostaje w tempie ekspresowym wybrany Marcin Konieczny (Marcin Czarnik), który z założenia ma być tylko marionetką ludzi stojących znacznie wyżej od niego. Na szczęście po początkowych niepowodzeniach, dyrektor orientuje się w sytuacji, rozumie, że komuś bardzo zależy na zamknięciu teatru i postanawia walczyć o miejsce i pracę zatrudnionych w Popularnym ludzi. Szybko okazuje się, że Konieczny nie jest taką ofermą, za jaką go niektórzy brali, a wręcz przeciwnie, ma talent i ambicję, by wyprowadzić teatr na prostą, choć liczne złe duchu (dosłownie i w przenośni) ciągle mu w tym przeszkadzają.

Już po dwóch pierwszych odcinkach stwierdziłam z zadziwieniem, że Artyści mają bardzo złożoną, rozbudowaną fabułę, a co najważniejsze, czuje się podczas oglądania tych fikcyjnych postaci i miejsc, że jednak serial mówi coś prawdziwego o współczesnym losie ludzi sztuki. Sama na sobie czuję, że cel Strzępki i Demirskiego został osiągnięty gdyż mam ochotę częściej chodzić do teatru, nawet jeśli nie poobcować z wysoką sztuką, to choćby po to, by pomóc zatrudnionym w teatrach ludziom. Artyści to bowiem serial nie skupiający się wyłącznie na pracy aktorów, scenarzystów czy reżyserów, ale pokazujący dosłownie każdego, kto jest małą cegiełką w wielkiej budowli teatralnej. Oczywiście scen występów, prób, twórczego ferworu jest dużo, ale więcej zakulisowej krzątaniny, walk dyrektora o fundusze, zmagań z księgową czy dziennikarzami, z menadżerem-cwaniakiem i wszystkimi, którzy nie rozumieją, jak ważną sprawą dla całego narodu jest sztuka.

Bardzo cieszy mnie to, jak dużo można się z tej produkcji dowiedzieć. Jeśli ktoś się zastanawia na przykład kim jest inspicjentka, albo jak tworzy się scenografię, to tutaj znajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania o mniej natchnione strony przedstawień teatralnych. Twórcy uhonorowali także pracę działu technicznego, czyli panów elektryków i konserwatorów, pani sprzątającej, bufetowej, no i przede wszystkim portiera (w tej roli świetny Edward Linde-Lubaszenko). A tak w ogóle, to Artyści są najlepiej obsadzonym serialem polskim ever. Obok mniej i bardziej znanych aktorów teatralnych, z którymi Demirski i Strzępka pracują od lat, zobaczyć można na ekranie takie sławy jak Andrzej Seweryn (w roli strażaka), Jerzy Trela (w roli ducha), czy Tomasza Karolaka. Ten ostatni gra tu rolę życia, ponieważ gra siebie, czyli rozpuszczonego gwiazdora serialowego, pojawiającego się w teatrze jakby przy okazji, a w dodatku jest go odpowiednia dawka, czyli bardzo mało i na odległym drugim planie:).

Lubię Artystów jeszcze z tego względu, że klimatem i wątkiem z duchami byłych dyrektorów teatru bardzo przypominają fantastyczny Bank nie z tej ziemi. Kto pamięta, od razu będzie wiedział o co chodzi. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to dźwięk (słynna już robota polskich dźwiękowców; nie ma to jak domyślać się co powiedział aktor) i dość specyficzna muzyka, wzięta jakby z Pana Kleksa w kosmosie.

Belfer, czyli jakie państwo, taki Twin Peaks

O ile w Artystach dźwiękowe zakłócenia bardzo mi przeszkadzają, o tyle w Belfrze jest ich nawet za mało, gdyż dialogi są tu tak dziwne i sztuczne, że lepiej byłoby ich nie słyszeć. A miało być tak pięknie! Czekałam na ten serial odkąd się dowiedziałam, że współautorem scenariusza jest jeden z moich ulubionych pisarzy, Jakub Żulczyk. Niestety, telewizyjny eksperyment się chyba nie powiódł i mam nadzieję, że autor wróci do pisania i jeszcze stworzy coś na miarę Radia Armageddon.

Szczerze napiszę, że było aż tak źle, że nie wytrzymałam nawet do końca pierwszego odcinka i co więcej, nie mam zamiaru do serialu wracać, dawać mu drugiej szansy.

Nie pomogło nawet obsadzenie Macieja Stuhra w roli tytułowego belfra, który przybywa na zapadłą prowincję by rozpocząć pracę w lokalnym liceum jako polonista. Jego uczniowie mają do przepracowania spory bagaż traumatycznych doznań, bo właśnie, w tajemniczych okolicznościach, zmarła jedna z ich koleżanek. Sprawa jest podejrzana, policja robi co może, ale może niewiele, więc sprawa raczej nie ruszy szybko z miejsca, a nasz skromny nauczyciel z niejasną przeszłością od razu zaczyna się interesować śledztwem. Oczywiście, jak to zwykle bywa z przybyszem, poznajemy z jego punktu widzenia lokalne układy i powiązania, przeskakujemy od środowiska elit, do policjantów, nauczycieli, rodziców i uczniów, a wszystko to razem wtórne i mało ciekawe. Na niekorzyść produkcji działa też to, że aktorzy bardzo są już wyeksploatowani serialowo i nawet ja, która telewizji nie posiadam i polskich seriali praktycznie nie kojarzę, widzę Belfra jako rozlewiskowo-ranczowy kolaż. Ale to jeszcze nie tak źle, gdyż znajome twarze starszych aktorów przynajmniej potrafią grać, gdy tymczasem grający szesnastolatków dwudziestokilkulatkowie to prawdziwe aktorskie drewno, naprawdę niestrawne w połączeniu z przyprawiającymi o dreszcz zażenowania dialogami ze szkolnej ławki. Ręce do góry, kto poczuł wewnętrzne ble i fuj podczas scen lekcyjnych!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *