To już ostatni tom z obszernego cyklu powieści, w których norweski pisarz kreuje głównego bohatera na swoje podobieństwo i pozwala wierzyć czytelnikowi, że oto poznajemy całą prawdę o jego życiu. Cykl wywołał sensację nie tylko w Skandynawii, ale i na całym świecie, poważnie przesuwając granice tego, o czym można i wypada pisać. Nie ukrywam, że przez lata ja także należałam do wiernych fanek Knausgårda, co zmieniło się radykalnie w zeszłym roku, po przeczytaniu jego cyklu Cztery pory roku, po którym autora, a raczej narratora, wręcz znienawidziłam za sposób, w jaki opisał chorobę żony. Po lekturze Lata posunęłam się nawet do sprzedania wszystkich tomów Knausgårda (w tym pięciu Mojej walki), by zawarta w nich negatywna energia nie sączyła mi się już z książkowych półek. Mimo tego jednak kupiłam szósty tom Mojej walki, w dodatku przedpremierowo, licząc na to, że coś się odmieni w wielkim zakończeniu. Nie żałuję tej trzydziestogodzinnej lektury, bo wreszcie ostatnie części układanki znalazły się na swoim miejscu, jednak nie było to przyjemne doznanie, a o samym autorze/narratorze mam jak najgorsze zdanie.
8 komentarzySzczere Recenzje Posty
Pominę rozważania na temat odmienności ludzkich gustów i tego, że film był ,,zbyt inteligentny” dla widzów kinowych, dlatego jest na Netfliksie. Od razu napiszę, że mnie się film nie podobał, a nawet gorzej, znudził mnie kompletnie. To jedna z tych fabuł, która zapowiada się dobrze, a potem widz czeka kiedy zacznie się dziać coś konkretnego i tak aż do napisów końcowych. Być może czegoś nie zrozumiałam, może nie jestem modelowym odbiorcą tego typu kina, ale uważam, że nie ma tu nic ambitnego, a pseudointelektualizm Anihilacji docenią co najwyżej bardzo młodzi widzowie, na których robi jeszcze wrażenie filozoficzny bełkot i ładne widoczki. Każdy dowolny odcinek Czarnego lustra czy Electric Dreams (które właśnie oglądam) jest lepszy od tego filmu, że nie wspomnę już o klasykach gatunku.
4 komentarzeNaprawdę chciałam zobaczyć ten film, wręcz czekałam na niego z niecierpliwością, bo lubię dobre historie szpiegowskie, a właśnie coś takiego zapowiadał trailer. Niestety, po raz kolejny dostałam nauczkę by na filmy z boleśnie mało zdolną Jennifer Lawrence oraz na te wyreżyserowane przez pana Francisa Lawrence’a (reżysera niesławnych Igrzysk śmierci) nie chodzić, żeby się nie denerwować. Czerwoną jaskółkę w najlepszym wypadku można nazwać filmem średnim, takim o którym zapomina się po kilku dniach. Ta produkcja jest jak słaby odcinek Nikity (i to tej nowszej wersji) lub jak epizod serialu Zawód: Amerykanin kręcony na kacu. Skoro można zrobić tak dobry serial o szpiegach, dlaczego nie można nakręcić o tym dobrego filmu?
3 komentarzeFilm, choć niewiele o nim wiedziałam i niewiele się spodziewałam, zaintrygował mnie samym trailerem, a w trakcie seansu okazało się, że jest zaskakująco błyskotliwy, oryginalny i klimatyczny. Niby prosta historia, ale opowiedziana z wyczuciem, pełna niuansów i sugestii, no i z umiarem. To jedna z tych fabuł, w którą wchodzi się powoli, z pozoru typowa i nudna, ale po godzinie widz odkrywa, że siedzi na skraju fotela, obgryza paznokcie i czeka co będzie dalej. W dodatku film daje do myślenia i wywołuje ten stan, który jako widzka, lubię najbardziej, czyli poczucie żalu, że to już koniec, wynikające z tego, że tak dobrze poczuliśmy się w przedstawionym na ekranie świecie. A jaki to świat? Przede wszystkim taki, w którym ludzie kochają dobrą literaturę, czyli znów coś w sam raz dla moli książkowych.
SkomentujNiedawna premiera serialu, będącego adaptacją pierwszej części cyklu o Takeshim Kovacsu, wzbudziła spore kontrowersje i podzieliła widzów. Netfliksowe widowisko podobało się tym, którzy (jak ja) wcześniej nie czytali prozy Richarda Morgana, natomiast zagorzali fani mieli serialowi bardzo wiele do zarzucenia. Oczywiście musiałam sprawdzić, czy wszystkie zarzuty o nadmiar przemocy i seksu, czy o udziwnianie wątków, są zasadne, zatem czym prędzej rzuciłam się w powieściowy wir Modyfikowanego węgla. Dzięki Audiotece poszło szybko i sprawnie, i już po zaledwie szesnastu i pół godzinach (!) intensywnego słuchania audiobooka, mogłam się pochwalić, że ja też dołączyłam do grona fanów tej oryginalnej prozy.
3 komentarzeNostalgii za dorastaniem w latach 90-tych ciąg dalszy. Lady Bird to sympatyczny, momentami wręcz uroczy i wzruszający film, i jakoś nikomu chyba nie przeszkadza, że składa się w całości ze zużytych do granic możliwości klisz z innych produkcji filmowych i serialowych. Co z tego, że wszystko to już widzieliśmy, skoro od pierwszych chwil lubimy bohaterów, a przewidywalna fabuła tak lekko wchodzi? Zresztą wszelkie zarzuty o brak oryginalności odpiera jeden prosty fakt, że reżyserka i scenarzystka filmu, Greta Gerwig przyznaje, że to film o niej samej sprzed lat (choć nie w dosłownym, dokumentalnym sensie), a to, że miała ekranowo-stereotypową młodość tylko łączy ją z dorastającymi w tamtym czasie widzami, zamiast prowokować krytyczne uwagi. I bardzo dobrze, miłych, rodzinnych, rozgrzewających serca filmów też potrzebujemy, ale żeby zaraz aż tak się nimi zachwycać i nagradzać każdy aspekt produkcji, to już lekka przesada.
KomentarzJeśli jesteście prawdziwymi molami książkowymi, kochacie dobrze napisane powieści, szczególnie klasykę literatury, i jakimś cudem jeszcze nie przeczytaliście trylogii wiktoriańskiej pana Palmy, to szczerze zachęcam do nadrobienia tego braku. Wróciłam do tej lektury po kilku latach, czując silną potrzebę nakarmienia duszy porządną, treściwą literacką strawą, czymś, co jest wymagające w lekturze, ale i zapewnia dużą dawkę zabawy i humoru. No i wciąż trzymam się noworocznego postanowienia, by w tym roku kłaść większy nacisk na jakość moich lektur, czytać nie koniecznie to co najnowsze, ale co najlepsze, najinteligentniejsze i najzabawniejsze wśród dostępnych tomów. Jednym słowem, zmęczona książkowym fastfoodem, przechodzę na szlachetniejsze dania, a ta powieść to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałam w ręku kiedykolwiek.
8 komentarzyObejrzałam film może nie z jakąś wielką przyjemnością, ale na pewno z zaciekawieniem. Koniecznie chciałam się dowiedzieć o co chodzi w tym całym medialnym szumie wokół Nici widma i na pewnym poziomie się dowiedziałam. Piszę na ,,pewnym poziomie”, gdyż, czytając recenzje bardzo mądrych krytyków, dotarło do mnie, że nie jestem i nigdy nie będę modelowym odbiorcą podobnych dzieł. W sferze symbolicznej, tam gdzie znawcy doszukują się licznych odniesień do innych twórców i zjawisk kultury, ja dostrzegam dziwność i nudę. Cóż, po tylu latach zdążyłam się już pogodzić z faktem, że filmoznawca ze mnie żaden, ale przyznam, że jeszcze się troszeczkę dziwię, że tak wielu ludziom kino podobnej klasy przypada do gustu. Dla mnie prawdopodobnie (bo inaczej by się przecież zakochała w tym obrazie) za wysokie progi, ale dla rzeszy zachwyconych odbiorców na szczęście nie.
2 komentarzeProducentka i scenarzystka znakomitego serialu kryminalnego The Killing (jeśli kochacie ten serial tak jak ja, to Seven Seconds też wam się spodoba), Veena Sud, stworzyła dla Netflixa nową serię, tym razem przenoszącą widza do wietrznego i mroźnego Jersey City. Przez dziesięć długich odcinków oglądamy historię, która jest bardzo poważnym komentarzem do bieżącej sytuacji społecznej w USA, w których wciąż dochodzi do przestępstw na tle rasowym. To jednak jedynie tło wydarzeń, których sednem jest rodzinna tragedia, dążenie kilku niezłomnych jednostek do prawdy i sprawiedliwości, a także tragizm i poczucie porażki, towarzyszący każdemu z prezentowanych w serialu antybohaterów.
3 komentarzeW tym tekście przeczytacie o tym, jak można kochać książki bez poświęcania im coraz większej przestrzeni w domu i bez wydawania na nie ogromnych sum pieniędzy. Będzie to prosty wpis minimalistki, której udała się transformacja z osoby chomikującej każdy skrawek papieru i tłoczącej się wśród zakurzonych regałów, w kogoś, kto ma na stałe tylko kilkanaście tomów i to prowadząc książkowego bloga. Nie było łatwo, ale się udało. Może spodobają się wam też moje porady dotyczące tego, jak nie bankrutując przy tym, cieszyć się książkowymi nowościami.
Skomentuj









