Billions

Miało być jak House of Cards, a wyszło bardziej jak Suits, czyli raczej nie na plus. Zresztą wszystko zależy od tego, kto się czego spodziewa. Ja miałam nadzieję na rozrywkę na naprawdę wysokim poziomie, inteligentną, stylową i dopracowaną w najdrobniejszym szczególe, a dostałam poszatkowaną akcję, nieskładne, bełkotliwe dialogi pełne maklerskiego żargonu oraz aktorów zupełnie bezbarwnych i tak mało charakterystycznych, że wciąż większości z nich od siebie nie odróżniam. Podobnie jak w Suitsach postawiono na udowadnianie na każdym kroku jak sprytnym i przebiegłym lisem jest główny bohater oraz na zewnętrze atrybuty jego finansowej potęgi, zapominając zupełnie o głównym przesłaniu Franka Underwooda, mówiącym, że władza jest cenniejsza od pieniędzy.

Elity finansjery

Firma inwestycyjna Bobby’ego Axelroda (Damian Lewis) wypłynęła na tragedii z 11 września, a on sam bardzo skorzystał na tym, że większość jego współpracowników zginęła wtedy w zamachu terrorystycznym. Obecnie Axelrod jest jednym z najbogatszych ludzi w USA, dysponuje tytułowymi miliardami, a my możemy obserwować jego codzienną walkę o utrzymanie i powiększenie swego inwestycyjnego imperium. Przy bliższym poznaniu Axe okazuje się nie tak czysty i szlachetny jak to pokazuje publicznie, a w jego ciemnych sprawkach i nie do końca legalnych interesach dzielnie wspomagają go podlegli mu (i zastraszeni) współpracownicy, legion hojnie opłacanych prawników (tu się nawet nie płaci konkretnymi sumami, ale walizkami i torbami pieniędzy) oraz wierna i tak samo jak on podstępna żona Lara (Malin Akerman).

Damian Lewis

Dla równowagi dla rozlewającego się jak jakiś Matrix imperium Axe’a, mamy prowadzony wątek prokuratora generalnego, który czuje pismo nosem i wie, że wystarczy dłużej powęszyć, by przyłapać bankstera na brzydkich machlojkach. Chuck Rhodes (Paul Giamatti) jest naprawdę dobrym prokuratorem, stróżem prawa z powołania, ale niestety często nie może się równać z diabelskim geniuszem Axelroda. W dodatku stary, upierdliwy, despotyczny, ale wciąż bardzo wpływowy ojciec (o sumieniu już nie tak kryształowym jak syn) rzuca mu co chwilę kłody pod nogi, niby starając się mu pomóc, a tak naprawdę narażając go na bolesną kompromitację. I jak tu wygrać walkę z geniuszem zła?

Terapia małżeńska

Równie ciekawe jak starcie się dwóch tytanów w męskim świecie finansów i prawa, miało być zdaje się w zamyśle twórców, pokazanie ich życia osobistego. To dość przewrotne, ale małżeństwo Axelrode, będące po ciemnej stronie mocy, zdaje się być znacznie silniejsze i odporniejsze na wstrząsy niż ,,zdrowy” związek państwa Rhodes. Smaczku dodaje całej sytuacji także to, że Lara jest bardzo agresywną i zdecydowaną figurą Lady Makbet przy swym małżonku, za to Wendy, w domowej alkowie oddająca się z mężem praktykom sado-maso, za dnia jest korporacyjnym psychologiem w firmie Axe’a. Wydawać by się mogło, że to wspaniały materiał na coś, czego jeszcze w telewizji nie było, jednak niestety, może pomysł dobry, ale wykonanie w najlepszym razie takie sobie. Obie małżonki są jakieś takie przerysowane, a jednocześnie nijakie. W dodatku im samym poświęca się mało uwagi, za słabo kreśli się tu ich portret psychologiczny, byśmy mogli się do którejś przywiązać lub jej kibicować.

To, że domina Wendy jest jakaś bez wyrazu, jeszcze mogę jej wybaczyć, ale Larze, kreowanej na nową Claire Underwood, już mniej jestem w stanie darować. Kobieta nie ma stylu, nie ma klasy, brak jej też inteligencji i głębszych pobudek (przynajmniej ja tak to odbieram). Jednym słowem, niby dobrze się to ogląda, a jednak wszystko gdzieś po mnie spływa i już po godzinie właściwie nie pamiętam co oglądałam. Jak chcą być konkurencją do House of Cards (które oglądam od początku już trzeci raz i nadal nie mam dosyć) to muszą się bardziej postarać.

Zupełny brak klasy

Prawdę mówiąc oglądam Billions tylko i wyłącznie dla Damiana Lewisa, którego uwielbiam. Ten aktor jest fantastyczny w roli czarnych charakterów. Wszyscy na pewno pamiętają jego rolę z Homelanda, choć gdy widzę jego nowe serialowe poczynania, myślę o zupełnie innej kreacji aktorskiej. Lata temu Lewis zagrał w znakomitym brytyjskim miniserialu pt. Saga rodu Forsyte’ów (na podstawie prozy Johna Galsworthy’ego), w którym wcielił się w postać bezwzględnego Soamesa, inwestora z początku XX wieku, dbającego o finanse całej rodziny i z powodzeniem pomnażającego i tak już sporą fortunę. Brzmi znajomo? Oj bardzo. Na rolę Lewisa w Billionsach patrzę jak na kontynuację tamtej, w moim odczuciu bardzo udanej kreacji i chyba tylko dlatego jestem jeszcze w stanie znieść te drętwe i wymuszone dialogi. Ten aktor naprawdę miał szansę dorównać Kevinowi Spacey, jest o klasę wyżej niż pozostali artyści jakich tu oglądamy.

Póki co się nie poddaję i dalej brnę w kolejne seanse serialu Billions. Kto wie, może twórcy się zorientują co idzie nie tak i jeszcze wszystko naprawią. Chociaż wątpię, bo o ile stworzenie chwytliwej czołówki ze stylową muzyką czy dodanie kilku uwiarygodniających postaci kwestii może nie być problemem, o tyle napisanie normalnych dialogów nie dla idiotów, takich w których nie ma głupkowatych i wulgarnych metafor oraz piętrowych porównań, a w dodatku nie wykłada się wszystkiego i nie dopowiada jak tępym trzylatkom, może być już prawdziwym problemem, bo widać, że akurat ten aspekt uważa się za największy atut produkcji.

2 thoughts on “Billions

  • Lipiec 16, 2017 at 10:35 pm
    Permalink

    Może nie chcieli zrobić kopii „House of Cards”? Underwood powiedział, że władza cenniejsza od pieniędzy i nigdzie nie może być przedstawiona inna perspektywa ? Może po prostu zobacz jeszcze raz! serial ze Spaceyem skoro świat ma wyglądać tylko tak jak tam:)

    Reply
  • Czerwiec 13, 2018 at 11:55 pm
    Permalink

    Po pierwszej serii myślałem podobnie. Przy trzeciej jestm zachwycony tym serialem. Oczarowany. Wytrwałości życzę

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *